Dawniej pobozny-socjalizm.blogspot.com. Prywatne opinie, polemiki, komentarze
czwartek, 20 sierpnia 2015
Antropologia libertarianizmu - czyli moja nowa książka
Kilka dni temu ukazała się mój ebook pt. "Antropologia libertarianizmu" (można go nabyć tutaj).
Książka ta to moja praca doktorska, którą obroniłem w lutym tego roku na KUL-u. Pisanie pracy naukowej na uniwersytecie posiada swoje wady i zalety. Wadą jest konieczność zachowania pewnego stylu i formatu pracy, lecz zaletą konieczność konfrontowania swoich własnych przemyśleń z promotorem pracy, posiadającym o wiele większe doświadczenie i wiedzę. Swoje dotychczasowe książki pisałem na własną rękę, lecz w tym wypadku byłem w pewnym sensie za rękę prowadzony.
O tym, dlaczego praca powstała na KUL-u, a nie gdzie indziej, pisałem już na tym blogu oraz wyjaśniam to we wstępie do nowej książki. Tu chciałbym tylko dopowiedzieć, że napisanie pracy było motywowane przede wszystkim następującymi czynnikami:
- chciałem pokazać, że libertarianie (a ściślej: rothbardianie) nie są wcale filozoficznymi ekscentrykami i nowinkarzami, lecz antropologiczny fundament ich propozycji jest bardzo "tradycjonalistyczny", spójny i dobrze opisany;
- chciałem pokazać, że libertarianizm (rothbardianizm) to pełnoprawna filozoficznie idea i tą pracą zaznaczyć obecność Rothbarda w polskim świecie akademickim (a ściślej: wśród filozofów) - to przecież jeden z kluczowych myślicieli w historii!;
- chciałem wskazać miejsce ekonomii w szeregu - moim zdaniem to ciekawa i pasjonująca nauka, lecz posiada o wiele mniejszy ciężar gatunkowy niż etyka;
- i wreszcie chciałem powiązać pojęcia z zakresu teorii libertariańskiej z najważniejszymi pojęciami filozoficznymi. Zamierzałem pokazać, jak libertarianizm realizuje dobro wspólne, dlaczego nie jest apoteozą egoizmu, dlaczego nie jest ani idealizmem ani materializmem itd. itp.
Podsumowując: książką tą chciałem uzupełnić rozważania niektórych libertarian, którzy czasami piszą tak, jakby poza ich teorią nie istniała żadna, licząca kilka tysięcy lat tradycja filozoficzna. Libertarianizm jest według mnie bardziej klasyczny od najbardziej klasycznej filozofii w tym sensie, że zachowuje konsekwencję w rozumowaniu tam, gdzie inni czynią całkowicie niezrozumiały wyłom teoretyczny dla państwa.
Brzmi to wszystko bardzo poważnie, ale w rzeczywistości praca jest napisana językiem przystępnym i zrozumiałym. Jestem zwolennikiem opinii, że nawet najtrudniejsze zagadnienia filozoficzne można (i powinno się) przedstawiać prostym i zrozumiałym językiem.
Zapraszam do lektury!
czwartek, 4 czerwca 2015
Legenda prawicy namiętnym drukarzem pieniędzy
5 czerwca mija 11 rocznica śmierci Ronalda Reagana.
Nie muszę chyba nikomu opowiadać, jak wielką estymą cieszy się do dziś wśród wielu prawicowców ów 40. prezydent USA. Wedle panującego dziś mitu Reagan miał obalić komunizm, deregulować, obniżać podatki i być niemalże najbardziej wolnorynkowym politykiem XX wieku.
2 lata temu napisałem do Najwyższego Czasu tekst odbrązowiający Reagana (czytaj tutaj), lecz nigdy dosyć uświadamiania i pokazywania prawdziwej natury tegoż polityka.
Otóż mało kto z prawicowych wielbicieli Pana Reagana zdaje sobie sprawę z tego, że przez większość czasu, gdy rezydował w Białym Domu naciskał na szefa FED, Paula Volckera, aby jeszcze bardziej obniżał stopy procentowe. Parafrazując: REAGAN NACISKAŁ NA BANKSTERA, REZYDENTA WALL STREET NA STANOWISKA SZEFA BANKU CENTRALNEGO, ABY TEN DRUKOWAŁ WIĘCEJ PIENIĘDZY.
Panowie kłócili się o to aż do 1987, gdy Reagan nie odnowił Volckerowi kadencji i dlatego wybrał sobie posłusznego i chętnego do dodruku Alana Greenspana. Gdy tylko na urząd przyszedł do Fed-u. od razu zaczął się karnawał łatwego pieniądza, który skończył się wraz z bańką dot.com.
Warto także wspomnieć, uprzedzając wszystkie rocznicowe słowa zachwytu nad Reaganem, iż był on - takim samym jak wszyscy inni prezydenci USA od ponad wieku - wiernym sługą i marionetką bankierów. To właśnie Reagan mianował na sekretarza skarbu szefa (zmiecionego w czasie kryzysu z 2008) Merrill Lynch, Donalda Regana, zapoczątkowując tym samym żałosną tradycję zgodnie z którą najbardziej wpływowy w danym momencie bank dostaje urząd sekretarza skarbu i urządza gospodarkę pod siebie. Ronald Reagan nie był wprawdzie ze wschodniego wybrzeża, ale szybko otoczył się bankierami, np. Walterem Wristonem z Chase, który był jednym z jego głównych doradców. To właśnie dlatego w czasie prezydentury Reagana Chase rozrósł się aż tak gwałtownie.
Czy ktoś coś mówił o wolnorynkowej rewolucji Reagana?
Nie muszę chyba nikomu opowiadać, jak wielką estymą cieszy się do dziś wśród wielu prawicowców ów 40. prezydent USA. Wedle panującego dziś mitu Reagan miał obalić komunizm, deregulować, obniżać podatki i być niemalże najbardziej wolnorynkowym politykiem XX wieku.
2 lata temu napisałem do Najwyższego Czasu tekst odbrązowiający Reagana (czytaj tutaj), lecz nigdy dosyć uświadamiania i pokazywania prawdziwej natury tegoż polityka.
Otóż mało kto z prawicowych wielbicieli Pana Reagana zdaje sobie sprawę z tego, że przez większość czasu, gdy rezydował w Białym Domu naciskał na szefa FED, Paula Volckera, aby jeszcze bardziej obniżał stopy procentowe. Parafrazując: REAGAN NACISKAŁ NA BANKSTERA, REZYDENTA WALL STREET NA STANOWISKA SZEFA BANKU CENTRALNEGO, ABY TEN DRUKOWAŁ WIĘCEJ PIENIĘDZY.
Panowie kłócili się o to aż do 1987, gdy Reagan nie odnowił Volckerowi kadencji i dlatego wybrał sobie posłusznego i chętnego do dodruku Alana Greenspana. Gdy tylko na urząd przyszedł do Fed-u. od razu zaczął się karnawał łatwego pieniądza, który skończył się wraz z bańką dot.com.
Warto także wspomnieć, uprzedzając wszystkie rocznicowe słowa zachwytu nad Reaganem, iż był on - takim samym jak wszyscy inni prezydenci USA od ponad wieku - wiernym sługą i marionetką bankierów. To właśnie Reagan mianował na sekretarza skarbu szefa (zmiecionego w czasie kryzysu z 2008) Merrill Lynch, Donalda Regana, zapoczątkowując tym samym żałosną tradycję zgodnie z którą najbardziej wpływowy w danym momencie bank dostaje urząd sekretarza skarbu i urządza gospodarkę pod siebie. Ronald Reagan nie był wprawdzie ze wschodniego wybrzeża, ale szybko otoczył się bankierami, np. Walterem Wristonem z Chase, który był jednym z jego głównych doradców. To właśnie dlatego w czasie prezydentury Reagana Chase rozrósł się aż tak gwałtownie.
Czy ktoś coś mówił o wolnorynkowej rewolucji Reagana?
wtorek, 14 kwietnia 2015
Typologia libertarian
Po
typologii lewicowców i prawicowców czas wreszcie na typologię libertarian.
Jedyny – liczy się tylko jego wola, bo niby czemu miałby się do
czegoś dostosowywać? I tylko mu nie mów, że istnieje jakaś obiektywna
rzeczywistość, bo on ją ma tam, gdzie się plecy kończą – a czemu by nie? Nawet
prawa własności go nie obowiązują, bo odkrył prawdziwą wolność i nawet nie
próbuj mu jej ograniczać.
Komputer-świat – cała własność intelektualna to jeden wielki szit,
przecież wszystko idzie ściągnąć w internecie i jakoś nie ma z tym problemu. Przecież
jak zostawisz płytę na ławce w parku, a ja ją sobie skopiuję i odłożę, a ty ją
później znajdziesz, to wszystko gra: ty wciąż masz swoją płytę, a ja mam swoją.
Poza tym świat nie stanie się libertariański, dopóki ludzie nie zaczną
korzystać z bitcoinów i wolnego oprogramowania.
Nowa Lewica – Rothbard go irytuje, bo to był przecież
najzwyklejszy w świecie prawicowiec i naprawdę nie wiadomo, czemu ludzie tak
się nim ekscytują. Co on niby zrobił specjalnego? A już najgorszy to jest
Hans-Hermann Hoppe, bo to przecież zwykły prawicowy faszysta (czytałeś, co on
pisał o gejach?). Poza tym libertarianizm powinien dążyć do walki z GMO,
korporacjami oraz do zalegalizowania małżeństw homoseksualnych.
Naukowy – libertarianizm to radykalna w swoich wnioskach teza
głosząca, że państwo jest instytucją niemoralną, ponieważ łamie prawa własności
i właśnie dlatego pracuję na państwowej uczelni i utrzymuję się z podatków,
żeby tę doktrynę badać.
Austriak – lewacy są w błędzie, bo nigdy nie czytali „Ludzkiego
działania’, a przecież wielki austriacki ekonomista Ludwig von Mises już dawno
zaorał socjalizm. Libertarianizm jest lepszy od innych systemów społecznych, bo
wolny rynek daje większą wydajność, a Mises wielkim ekonomistą był.
Racjonalista – państwo istnieje przede wszystkim dlatego, że ludzie
praktykują religię i dlatego religię trzeba zwalczać. Religia nie jest racjonalna,
przeszkadza ludziom w racjonalnym myśleniu, które mogłoby im pomóc odrzucić
państwo. To nic, że Kościół utrzymuje się w sporej mierze z dobrowolnych datków
wiernych – jest szkodliwy, bo jest nieracjonalny.
Agorysta – słuchaj, jest sprawa: napisałem niedawno taki
program, który generuje wirtualną walutę w oparciu o punkty zdobyte w Diablo
trójce (ale musisz być naprawdę dobry, żeby się dorobić). Jak byśmy się zebrali
jeszcze z moim kumplem z gimnazjum i twoim kuzynem ze Śląska, to byśmy sobie
nawzajem płacili przy pomocy mojej waluty i w ten sposób stworzylibyśmy szarą
strefę. A jak uda nam się namówić jeszcze więcej ludzi z osiedla to później obalimy
państwo.
Jamaica – ci, którzy są przeciwko ziołom, najczęściej w ogóle
ich nie palili. Jestem przeciwny państwu, bo ono zakazuje miękkich narkotyków,
choć przecież np. alkohol pochłania więcej ofiar. A przecież jak palisz zioło,
to widzisz świat zupełnie inaczej, czujesz taki pokój w środku, że ci nawet do
głowy nie przychodzi, żeby popierać państwo. Dasz jeszcze bucha?
Komunikacyjny – ludziom się wydaje, że państwo jest potrzebne, a
przecież gdyby wyłączyć na wszystkich skrzyżowaniach w mieście sygnalizację
świetlną, to przecież ludzie by sobie poradzili i to jest najlepszy dowód na
to, że państwo nie powinno istnieć.
Forumowicz – nie zgadza się z nikim, bo właśnie na tym polega
wolność jednostki. A zresztą, co ty wiesz o libertarianizmie, skoro nigdy nie
czytałeś wpisu Rodericka T. Longa na jego blogu z grudnia 2001 roku?
Prawicowy synkretyk – jestem libertarianinem, czytałem kilka książek
Rothbarda i uważam, że państwo to zło, ale w najbliższych wyborach będę
głosował na Kukiza. Poza tym tak jak Ziemkiewicz uważam, że Polska powinna mieć
silne państwo. Generalnie jednak opowiadam się za konserwatywną monarchią – no
bo jak, ktoś musi przecież stanowić prawo i budować drogi, prawda?
Wozinski – państwo jest złe, państwo jest złe, a jakby jeszcze
ktoś o tym nie słyszał, to państwo jest złe. I jeszcze jedno: państwo jest złe.
Amerykański – rząd robi tyle zła, bo nie trzyma się zasad Konstytucji.
Dlatego trzeba zrobić wszystko, żeby odzyskać rząd dla zwykłych ludzi i
powstrzymać interwencjonizm. Jak Ron Paul dojdzie do władzy, to wszystko
pozamiata.
Wątpiący – widzę to, że państwo jest złe i do jakiego zła się
przyczynia, ale z drugiej strony nie możemy liczyć na to, że wszyscy nawrócą
się na libertarianizm. Przecież nawet w świecie, do którego dążą libertarianie,
w dalszym ciągu żyliby zwolennicy państwa i chcieliby żyć w swoich państwach,
prawda? No, a więc dlatego właśnie wydaje mi się, że nic nie damy rady zmienić
i najlepiej jest tak, jak jest.
niedziela, 1 marca 2015
Wspominki doktoranta (autobiograficznie)
Na początku pochwalę się, że od środy mam tytuł doktora filozofii.
Długo to wszystko trwało, choć nie z mojej winy. Od kiedy w 2008 roku po raz pierwszy pojechałem do Lublina minęło już prawie 7 lat, więc zebrało mi się na refleksje.
Pamiętam czasy, gdy jeszcze studiowałem filozofię na UAM (3 lata) i swoją mordęgę na tej uczelni. Na roku było chyba 80 osób, z których ok. 30 uważało, że filozofia polega na antyklerykalizmie. Było kilku ćpunów, kilku karierowiczów, kilku poetów, ale praktycznie nikt na moim roku nie był zainteresowany filozofią jako taką. Wszyscy łykali to, co im podsuwano na zajęciach nawet nie zastanowiwszy się na nad tym, czy tak naprawdę uczą się filozofii czy tez raczej historii filozofii. W moim przekonaniu na państwowych uniwersytetach w Polsce kształci się bowiem właśnie historyków filozofii, a nie filozofów. Budżetowi filozofowie uczą się więc, że był jakiś Platon, jakiś Arystoteles, potem inni, ale koniec końców nie przedstawia im się żadnej konkretnej propozycji myślowej. Nie uczy się dziś myślenia, tylko żonglowania nazwiskami, postaciami. Tak jest zresztą z każdym przedsiębiorstwem państwowym - zamiast prawdziwego produktu, usługi, dostaje się namiastkę, bubel, który ma naśladować oryginał dostępny na rynku.
Im bardziej więc nabierałem świadomości, że biorę udział w jednej wielkiej państwowej farsie, którą nazywa się dla niepoznaki studiami filozoficznymi, tym bardziej narastał we mnie libertarianin, który miał ochotę wszystko rzucić w cholerę.
Na szczęście w tym właśnie okresie wzrastało moje zainteresowanie lubelską szkołą filozofii. W Poznaniu na filozofii jej osiągnięcia stanowią temat tabu - o tym się zwyczajnie nie mówi.
Swoje ostatnie tygodnie na państwowej filozofii poświęcałem więc na stawianiu wykładowcom niewygodnych pytań o to, czy uniwersytet nie powinien być prywatny oraz na dynamicznym poznawaniu filozofii realistycznej, uprawianej w Polsce tylko na KUL-u, UKSW oraz przez nieliczne osoby na kilku innych uczelniach.
W 2008 roku powziąłem plan: kończę z farsą państwowych studiów filozoficznych, idę do pracy na pełen etat, a zarobione pieniądze przeznaczam na studia doktoranckie na prywatnej uczelni, którą w dalszym ciągu (pomimo sowitych dotacji od państwa) jest Katolicki Uniwersytet Lubelski. Zamiana "darmowych" studiów na państwowej uczelni na płatne studia na prawdziwie prywatnej uczelni była zdecydowanie ozdrowieńcza. Gdyby ktoś nie wiedział, w Lublinie wykładają jeszcze jedni z ostatnich na świecie filozofowie skłonni bez wahania uznać, że świat istnieje naprawdę.
Ponieważ w myśli libertariańskiej odnalazłem jednoznaczne wątki ukazujące tą teorię w filozoficznym realizmie (wypowiedzi Rothbarda, Davida Gordona), zrozumiałem wówczas prostą i banalną prawdę: prawdziwie prywatne uczelnie skłaniają się zawsze ku filozoficznemu realizmowi. Im bardziej zaś dana uczelnia uzależniona od podatków, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie na niej królował idealizm.
Wtedy zrozumiałem dobitnie, że filozofowie utrzymujący się z podatków to jedne z najgorszych i najbardziej zakłamanych osób, posługujących się wzniośle brzmiącymi i zawiłymi teoriami, a jednocześnie nie potrafiącymi zmierzyć się moralnie z banalnym faktem własnego zaprzedania państwu.
Choć swoje studia doktoranckie odbywałem uczęszczając na seminarium w zakładzie metafizyki zdecydowałem, że realistyczne wątki w teorii Rothbarda, jego jednoznaczne opowiedzenie się po stronie tradycji arystotelizmu-tomizmu było zbyt istotne, abym mógł je odpuścić i poprzez swoją pracę postarałem się przerzucić pomost pomiędzy tomizmem a libertarianizmem.
Pamiętam dokładnie dzień, w którym na seminarium zakładowym przedstawiłem w formie krótkiego referatu zamiar napisania swojej pracy pt. "Antropologiczne podstawy Murraya Rothbarda teorii działania". Reakcja osób obecnych w sali była co najmniej zaskakująca. Jeden z doktorów habilitowanych, choć doskonale wiedział, że jestem doktorantem, zapytał na głos, czy piszę pracę magisterską czy doktorską. Po seminarium podszedł do mnie i spytał: "A ten cały Rothbard to nie jest przypadkiem Żyd?" Odpowiedziałem: "Tak, a czemu"? Popatrzał na mnie z dziwnym uśmiechem i nic nie powiedział.
Inny z obecnych na sali doktorów powiedział, że mi się na pewno nie uda. Po seminarium on także podszedł do mnie i powiedział mniej więcej tak: "Wie Pan, jak Pan się przyjrzy tematowi z bliska, to Pan zobaczy, że na pewno libertarianizm i filozofia realistyczna są nie do pogodzenia. Zobaczy Pan" - "Chciałbym wpierw dokładnie zbadać sprawę" - odpowiedziałem. "Na pewno się Panu nie uda. Na pewno". Odpowiedziałem w tym samym duchu, co wcześniej, a on patrzał mi w oczy i mówił wciąż, że się nie uda.
Podobne przekonanie, iż na pewno się mi nie uda wygłaszali co jakiś czas różni osobnicy z mojego otoczenia (ich personalia nie są w tej chwili istotne). Ich wspólny, zapewne nieuświadomiony, komunikat był jasny: porzuć to, nie zajmuj się tym. Niestety, im bardziej zagłębiałem się w temat, tym częściej natrafiałem na to, iż najczęstszym argumentem przeciwko Rothbardowi jest bezmyślne przyprawianie mu gęby radykała, bez próby zrozumienia o co mu chodzi. Doprawdy zdumiewające jest to, z jaką częstotliwością i łatwością ludzie ukazują Rothbarda i jego libertarianizm jako zło wcielone, nie próbując nawet przeczytać jego tekstów.
Ostatecznie, po kilku latach, obroniłem swoją pracę doktorską, w której Rothbard został ukazany jako kontynuator tradycji filozoficznego realizmu oraz klasycznej antropologii filozoficznej. Co oczywiste, ukazałem też, iż wnioski, do których doszedł Rothbard różnią się od tych, do których doszedł chociażby św. Tomasz, ale wg mnie pomimo przyjęcia tych samych zasad w punkcie wyjścia to tomiści i arystotelicy popełnili błąd, a nie Rothbard. Napisałem o tym nawet w swojej pracy, ale z pewnych względów, których nie zamierzam obecnie ujawniać, fragment ten został usunięty.
(Kończę już, bo przydługawy wpis.)
Mam więc ogromną satysfakcję, że przebrnąłem ze swoją pracą dotyczącą "radykalnego anarchokapitalisty" przez te wszystkie lata, pomimo prób ukazania moich wysiłków jako gorszych niż rozważania rasowych filozofów, pomimo pewnych prób zastraszenia przeciwko poruszaniu takiej tematyki, pomimo dziesiątek nocy spędzonych w nocnych autobusach i pociągach oraz pomimo pieniędzy, które z własnej kieszeni wyłożyłem na te studia (także przy pomocy rodziców). Jestem cholernie dumny z tego, że mojego doktoratu nie opłacało mi państwo.
Warto było - chociażby po to, żeby odkłamać wszystkie krzywdzące zarzuty stawiane pod adresem Rothbarda przez polskich filozofów utrzymywanych z pieniędzy podatników.
Długo to wszystko trwało, choć nie z mojej winy. Od kiedy w 2008 roku po raz pierwszy pojechałem do Lublina minęło już prawie 7 lat, więc zebrało mi się na refleksje.
Pamiętam czasy, gdy jeszcze studiowałem filozofię na UAM (3 lata) i swoją mordęgę na tej uczelni. Na roku było chyba 80 osób, z których ok. 30 uważało, że filozofia polega na antyklerykalizmie. Było kilku ćpunów, kilku karierowiczów, kilku poetów, ale praktycznie nikt na moim roku nie był zainteresowany filozofią jako taką. Wszyscy łykali to, co im podsuwano na zajęciach nawet nie zastanowiwszy się na nad tym, czy tak naprawdę uczą się filozofii czy tez raczej historii filozofii. W moim przekonaniu na państwowych uniwersytetach w Polsce kształci się bowiem właśnie historyków filozofii, a nie filozofów. Budżetowi filozofowie uczą się więc, że był jakiś Platon, jakiś Arystoteles, potem inni, ale koniec końców nie przedstawia im się żadnej konkretnej propozycji myślowej. Nie uczy się dziś myślenia, tylko żonglowania nazwiskami, postaciami. Tak jest zresztą z każdym przedsiębiorstwem państwowym - zamiast prawdziwego produktu, usługi, dostaje się namiastkę, bubel, który ma naśladować oryginał dostępny na rynku.
Im bardziej więc nabierałem świadomości, że biorę udział w jednej wielkiej państwowej farsie, którą nazywa się dla niepoznaki studiami filozoficznymi, tym bardziej narastał we mnie libertarianin, który miał ochotę wszystko rzucić w cholerę.
Na szczęście w tym właśnie okresie wzrastało moje zainteresowanie lubelską szkołą filozofii. W Poznaniu na filozofii jej osiągnięcia stanowią temat tabu - o tym się zwyczajnie nie mówi.
Swoje ostatnie tygodnie na państwowej filozofii poświęcałem więc na stawianiu wykładowcom niewygodnych pytań o to, czy uniwersytet nie powinien być prywatny oraz na dynamicznym poznawaniu filozofii realistycznej, uprawianej w Polsce tylko na KUL-u, UKSW oraz przez nieliczne osoby na kilku innych uczelniach.
W 2008 roku powziąłem plan: kończę z farsą państwowych studiów filozoficznych, idę do pracy na pełen etat, a zarobione pieniądze przeznaczam na studia doktoranckie na prywatnej uczelni, którą w dalszym ciągu (pomimo sowitych dotacji od państwa) jest Katolicki Uniwersytet Lubelski. Zamiana "darmowych" studiów na państwowej uczelni na płatne studia na prawdziwie prywatnej uczelni była zdecydowanie ozdrowieńcza. Gdyby ktoś nie wiedział, w Lublinie wykładają jeszcze jedni z ostatnich na świecie filozofowie skłonni bez wahania uznać, że świat istnieje naprawdę.
Ponieważ w myśli libertariańskiej odnalazłem jednoznaczne wątki ukazujące tą teorię w filozoficznym realizmie (wypowiedzi Rothbarda, Davida Gordona), zrozumiałem wówczas prostą i banalną prawdę: prawdziwie prywatne uczelnie skłaniają się zawsze ku filozoficznemu realizmowi. Im bardziej zaś dana uczelnia uzależniona od podatków, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie na niej królował idealizm.
Wtedy zrozumiałem dobitnie, że filozofowie utrzymujący się z podatków to jedne z najgorszych i najbardziej zakłamanych osób, posługujących się wzniośle brzmiącymi i zawiłymi teoriami, a jednocześnie nie potrafiącymi zmierzyć się moralnie z banalnym faktem własnego zaprzedania państwu.
Choć swoje studia doktoranckie odbywałem uczęszczając na seminarium w zakładzie metafizyki zdecydowałem, że realistyczne wątki w teorii Rothbarda, jego jednoznaczne opowiedzenie się po stronie tradycji arystotelizmu-tomizmu było zbyt istotne, abym mógł je odpuścić i poprzez swoją pracę postarałem się przerzucić pomost pomiędzy tomizmem a libertarianizmem.
Pamiętam dokładnie dzień, w którym na seminarium zakładowym przedstawiłem w formie krótkiego referatu zamiar napisania swojej pracy pt. "Antropologiczne podstawy Murraya Rothbarda teorii działania". Reakcja osób obecnych w sali była co najmniej zaskakująca. Jeden z doktorów habilitowanych, choć doskonale wiedział, że jestem doktorantem, zapytał na głos, czy piszę pracę magisterską czy doktorską. Po seminarium podszedł do mnie i spytał: "A ten cały Rothbard to nie jest przypadkiem Żyd?" Odpowiedziałem: "Tak, a czemu"? Popatrzał na mnie z dziwnym uśmiechem i nic nie powiedział.
Inny z obecnych na sali doktorów powiedział, że mi się na pewno nie uda. Po seminarium on także podszedł do mnie i powiedział mniej więcej tak: "Wie Pan, jak Pan się przyjrzy tematowi z bliska, to Pan zobaczy, że na pewno libertarianizm i filozofia realistyczna są nie do pogodzenia. Zobaczy Pan" - "Chciałbym wpierw dokładnie zbadać sprawę" - odpowiedziałem. "Na pewno się Panu nie uda. Na pewno". Odpowiedziałem w tym samym duchu, co wcześniej, a on patrzał mi w oczy i mówił wciąż, że się nie uda.
Podobne przekonanie, iż na pewno się mi nie uda wygłaszali co jakiś czas różni osobnicy z mojego otoczenia (ich personalia nie są w tej chwili istotne). Ich wspólny, zapewne nieuświadomiony, komunikat był jasny: porzuć to, nie zajmuj się tym. Niestety, im bardziej zagłębiałem się w temat, tym częściej natrafiałem na to, iż najczęstszym argumentem przeciwko Rothbardowi jest bezmyślne przyprawianie mu gęby radykała, bez próby zrozumienia o co mu chodzi. Doprawdy zdumiewające jest to, z jaką częstotliwością i łatwością ludzie ukazują Rothbarda i jego libertarianizm jako zło wcielone, nie próbując nawet przeczytać jego tekstów.
Ostatecznie, po kilku latach, obroniłem swoją pracę doktorską, w której Rothbard został ukazany jako kontynuator tradycji filozoficznego realizmu oraz klasycznej antropologii filozoficznej. Co oczywiste, ukazałem też, iż wnioski, do których doszedł Rothbard różnią się od tych, do których doszedł chociażby św. Tomasz, ale wg mnie pomimo przyjęcia tych samych zasad w punkcie wyjścia to tomiści i arystotelicy popełnili błąd, a nie Rothbard. Napisałem o tym nawet w swojej pracy, ale z pewnych względów, których nie zamierzam obecnie ujawniać, fragment ten został usunięty.
(Kończę już, bo przydługawy wpis.)
Mam więc ogromną satysfakcję, że przebrnąłem ze swoją pracą dotyczącą "radykalnego anarchokapitalisty" przez te wszystkie lata, pomimo prób ukazania moich wysiłków jako gorszych niż rozważania rasowych filozofów, pomimo pewnych prób zastraszenia przeciwko poruszaniu takiej tematyki, pomimo dziesiątek nocy spędzonych w nocnych autobusach i pociągach oraz pomimo pieniędzy, które z własnej kieszeni wyłożyłem na te studia (także przy pomocy rodziców). Jestem cholernie dumny z tego, że mojego doktoratu nie opłacało mi państwo.
Warto było - chociażby po to, żeby odkłamać wszystkie krzywdzące zarzuty stawiane pod adresem Rothbarda przez polskich filozofów utrzymywanych z pieniędzy podatników.
niedziela, 22 lutego 2015
Waldemar Deska, czyli dramat libertarian
Czy Wy też odnosicie takie wrażenie, że kandydat Ruchu Narodowego na prezydenta, Marian Kowalski, gdyby doszedł do władzy to chciałby wam dać wpier...l?
Przepraszam za język, ale właśnie coś takiego odczytuję zawsze, gdy na niego patrzę.
Kandydaci prawicy jak zwykle plotą swoje tradycyjne bzdury. Twierdzą, że są wolnościowcami i antysystemowcami, a jednocześnie mówią, że mamy słabe państwo i że trzeba je wzmocnić. ŻADEN z nich nie proponuje najważniejszych wolnościowych postulatów: secesji, autonomii regionów, decentralizacji władzy, jej fragmentacji. Wszystko, co mają do powiedzenia sprowadza się mniej więcej do stwierdzenia: "Głosujcie na mnie, bo ja jestem uczciwy i jak dojdę do władzy, to będzie lepsze państwo". Wszyscy, jak jeden mąż zdradzają tę samą fatalną wiarę w utopijną instytucję zwaną państwem, której reformować zwyczajnie się nie da.
Wybaczcie, ale po co nam obniżka podatków pod rządami prawicowców? Żeby powiększyć armię i zwiększyć dochody państwa? Po jakie licho?!
Niestety, niewiele lepszy (lepszy?) jest niejaki Waldemar Deska, oficjalny kandydat Partii Libertariańskiej na stanowisko prezydenta. Facet właściwie wziął się znikąd i niestety wygaduje bzdury, które nie licują nikomu, kto powołuje się na teorię doprowadzoną do świetności przez Murraya Rothbarda.
Oto czytam wywiad z Panem Deską przeprowadzonym dla serwisu Libertarianin.org, na którym mam zaszczyt publikować swoje comiesięczne felietony.
Wybaczcie, drodzy libertarianie, ale facet mnie nie tylko nie przekonuje, ale i zasmuca.
Przede wszystkim, zamiast negować państwo, przekonuje uparcie, że trzeba "przestrzegać konstytucji"? Ale czemu niby, Panie Waldemarze? Czy nasza konstytucja przypomina choć trochę amerykańską konstytucję, żeby jej tak bronić? (choć i to nie ma większego sensu) Od kiedy w ogóle libertarianie uważają, że przed państwem ludzi chroni dokument wystawiony przez samo państwo? Nie czytał Pan nigdy Lysandera Spoonera?
Deska jest także przeciwnikiem prywatyzacji Lasów Państwowych, no nam ich ponoć "wszyscy zazdroszczą". Nie prywatyzowałby też PKP. W ogóle uważa, że choć wolnościowcy "odmieniają wolność na wszelkie możliwe sposoby", "w praktyce z wolnym rynkiem jest gorzej". Libertarianin, który twierdzi, że w praktyce z wolnym rynkiem jest nie najlepiej - ludzie, skąd wyście go wzięli?
Na pytanie o to, kto jest dla niego największym autorytetem wśród wolnościowców, odpowiada: Bob Marley (O Boże, powiedzcie, że ten cały wywiad to jakiś żart...)
To nie koniec. Pan Deska chce także korzystać z pomocy państwa, walcząc z wielkimi korporacjami. Uważa, że "Państwo dotychczas nie radziło sobie, jest słabsze od globalnych graczy."
Człowieku!! Czy ty nigdy nie czytałeś nic na temat teorii monopoli, czym one tak naprawdę są oraz nie uświadomiłeś sobie tego, iż bez państwa zwyczajnie ich nie było? To nie państwo powinno nas bronić przed korporacjami, lecz my powinniśmy być bronieni przed państwem oraz jego pseudo-prywatnymi korporacjami!!
Ale prawdziwą wisienką na torcie jest następujące pytanie serwisu Libertarianin.org oraz odpowiedź Deski:
Czy czytał Pan coś z wolnościowej literatury? Czy ma Pan swoją ulubioną pozycję wśród książek?
Źródeł wolności poszukiwałem w naukach Jezusa Chrystusa, Buddy, Mahometa, Konfucjusza, św. Tomasza, Jana Pawła II i Dalajlamy. To wielcy intelektualiści. Byłem też uczniem Maharishi Mahesh Jogi, liznąłem więc wiedzy wedyjskiej. To główne strumienie światowej kultury. I to doprowadziło mnie do Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, a potem do naszej Konstytucji z 1997 roku, gdzie z zachwytem odnalazłem, jak w pigułce, główny przekaz, istotę myśli humanistycznej i wolnościowej dla wspólnego dobra.
Murray Rothbard, gdy jeszcze żył, musiał także radzić sobie nieustannie z kolejnymi "Deskami", których w latach 80. i 90. nie brakowało w amerykańskiej Partii Libertariańskiej. Rothbard wszystkich "odjechanych" libertarian, którzy poprzez libertarianizm rozumieli promowanie alternatywnego stylu bycia, ekologiczne i para-religijne odpały oraz rezygnację z podstawowych zasad libertarianizmu określał pojęciem wywodzącym się z jidysz: Luftmenschen. Przykładem takiego właśnie, błądzącego w chmurach osobnika, wydaje się być niewątpliwie Waldemar Deska.
Libertarianie: szczerze, to jest dramat.
Możecie mnie za to krytykować, ale wystawiając kogoś takiego w wyborach, jedynie narażamy się na śmieszność. Jeśli Pan Deska chce państwowej własności, kruszyć partyjny beton, wieść alternatywny żywot oraz walczyć GMO i korporacjami, powinien zapisać się do Nowej Lewicy. Nie do libertarian.
Powtórzę jeszcze raz: Waldemar Deska jako kandydat PL na prezydenta to jeden, wielki dramat.
Przepraszam za język, ale właśnie coś takiego odczytuję zawsze, gdy na niego patrzę.
Kandydaci prawicy jak zwykle plotą swoje tradycyjne bzdury. Twierdzą, że są wolnościowcami i antysystemowcami, a jednocześnie mówią, że mamy słabe państwo i że trzeba je wzmocnić. ŻADEN z nich nie proponuje najważniejszych wolnościowych postulatów: secesji, autonomii regionów, decentralizacji władzy, jej fragmentacji. Wszystko, co mają do powiedzenia sprowadza się mniej więcej do stwierdzenia: "Głosujcie na mnie, bo ja jestem uczciwy i jak dojdę do władzy, to będzie lepsze państwo". Wszyscy, jak jeden mąż zdradzają tę samą fatalną wiarę w utopijną instytucję zwaną państwem, której reformować zwyczajnie się nie da.
Wybaczcie, ale po co nam obniżka podatków pod rządami prawicowców? Żeby powiększyć armię i zwiększyć dochody państwa? Po jakie licho?!
Niestety, niewiele lepszy (lepszy?) jest niejaki Waldemar Deska, oficjalny kandydat Partii Libertariańskiej na stanowisko prezydenta. Facet właściwie wziął się znikąd i niestety wygaduje bzdury, które nie licują nikomu, kto powołuje się na teorię doprowadzoną do świetności przez Murraya Rothbarda.
Oto czytam wywiad z Panem Deską przeprowadzonym dla serwisu Libertarianin.org, na którym mam zaszczyt publikować swoje comiesięczne felietony.
Wybaczcie, drodzy libertarianie, ale facet mnie nie tylko nie przekonuje, ale i zasmuca.
Przede wszystkim, zamiast negować państwo, przekonuje uparcie, że trzeba "przestrzegać konstytucji"? Ale czemu niby, Panie Waldemarze? Czy nasza konstytucja przypomina choć trochę amerykańską konstytucję, żeby jej tak bronić? (choć i to nie ma większego sensu) Od kiedy w ogóle libertarianie uważają, że przed państwem ludzi chroni dokument wystawiony przez samo państwo? Nie czytał Pan nigdy Lysandera Spoonera?
Deska jest także przeciwnikiem prywatyzacji Lasów Państwowych, no nam ich ponoć "wszyscy zazdroszczą". Nie prywatyzowałby też PKP. W ogóle uważa, że choć wolnościowcy "odmieniają wolność na wszelkie możliwe sposoby", "w praktyce z wolnym rynkiem jest gorzej". Libertarianin, który twierdzi, że w praktyce z wolnym rynkiem jest nie najlepiej - ludzie, skąd wyście go wzięli?
Na pytanie o to, kto jest dla niego największym autorytetem wśród wolnościowców, odpowiada: Bob Marley (O Boże, powiedzcie, że ten cały wywiad to jakiś żart...)
To nie koniec. Pan Deska chce także korzystać z pomocy państwa, walcząc z wielkimi korporacjami. Uważa, że "Państwo dotychczas nie radziło sobie, jest słabsze od globalnych graczy."
Człowieku!! Czy ty nigdy nie czytałeś nic na temat teorii monopoli, czym one tak naprawdę są oraz nie uświadomiłeś sobie tego, iż bez państwa zwyczajnie ich nie było? To nie państwo powinno nas bronić przed korporacjami, lecz my powinniśmy być bronieni przed państwem oraz jego pseudo-prywatnymi korporacjami!!
Ale prawdziwą wisienką na torcie jest następujące pytanie serwisu Libertarianin.org oraz odpowiedź Deski:
Czy czytał Pan coś z wolnościowej literatury? Czy ma Pan swoją ulubioną pozycję wśród książek?
Źródeł wolności poszukiwałem w naukach Jezusa Chrystusa, Buddy, Mahometa, Konfucjusza, św. Tomasza, Jana Pawła II i Dalajlamy. To wielcy intelektualiści. Byłem też uczniem Maharishi Mahesh Jogi, liznąłem więc wiedzy wedyjskiej. To główne strumienie światowej kultury. I to doprowadziło mnie do Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, a potem do naszej Konstytucji z 1997 roku, gdzie z zachwytem odnalazłem, jak w pigułce, główny przekaz, istotę myśli humanistycznej i wolnościowej dla wspólnego dobra.
Murray Rothbard, gdy jeszcze żył, musiał także radzić sobie nieustannie z kolejnymi "Deskami", których w latach 80. i 90. nie brakowało w amerykańskiej Partii Libertariańskiej. Rothbard wszystkich "odjechanych" libertarian, którzy poprzez libertarianizm rozumieli promowanie alternatywnego stylu bycia, ekologiczne i para-religijne odpały oraz rezygnację z podstawowych zasad libertarianizmu określał pojęciem wywodzącym się z jidysz: Luftmenschen. Przykładem takiego właśnie, błądzącego w chmurach osobnika, wydaje się być niewątpliwie Waldemar Deska.
Libertarianie: szczerze, to jest dramat.
Możecie mnie za to krytykować, ale wystawiając kogoś takiego w wyborach, jedynie narażamy się na śmieszność. Jeśli Pan Deska chce państwowej własności, kruszyć partyjny beton, wieść alternatywny żywot oraz walczyć GMO i korporacjami, powinien zapisać się do Nowej Lewicy. Nie do libertarian.
Powtórzę jeszcze raz: Waldemar Deska jako kandydat PL na prezydenta to jeden, wielki dramat.
wtorek, 20 maja 2014
To NIE musi być państwowe już w księgarniach
Od kilku dni w księgarniach dostępna jest moja nowa książka pt. "To NIE musi być państwowe".
Jestem z niej bardzo dumny. Tym bardziej, że spędziłem na jej pisaniu wiele godzin, co poskutkowało całkiem sporą objętością. Chciałem, aby dzięki niej Czytelnik zrozumiał, że nie jesteśmy skazani na żadne państwo oraz że przyszłosć ludzkości to świat oparty na sieci dobrowolnych wymian, wolny od dyktatu zinstytucjonalizowanej przemocy.
PS. Przy okazji przepraszam wszystkich dotychczasowych czytelników bloga za brak nowych wpisów, ale miesiąc temu urodził mi się drugi syn, a ja zacząłem nową pracę na pełen etat i ciężko mi się wyrobic z wieoma sprawami.
Jestem z niej bardzo dumny. Tym bardziej, że spędziłem na jej pisaniu wiele godzin, co poskutkowało całkiem sporą objętością. Chciałem, aby dzięki niej Czytelnik zrozumiał, że nie jesteśmy skazani na żadne państwo oraz że przyszłosć ludzkości to świat oparty na sieci dobrowolnych wymian, wolny od dyktatu zinstytucjonalizowanej przemocy.
PS. Przy okazji przepraszam wszystkich dotychczasowych czytelników bloga za brak nowych wpisów, ale miesiąc temu urodził mi się drugi syn, a ja zacząłem nową pracę na pełen etat i ciężko mi się wyrobic z wieoma sprawami.
środa, 27 listopada 2013
W odpowiedzi Tomaszowi Telukowi
Gdy
tylko przeczytałem tekst Tomasza Teluka krytykujący libertarian,
postanowiłem zasiąść do mego złotego laptopa i napisać zdecydowaną ripostę.
Nim podszedłem do swego mahoniowego
biurka, przy którym bawiły się jeszcze moje dwa charty, musiałem zawołać
służącego, aby wyprowadził je na spacer. Gdy uruchamiał się komputer,
przyglądałem się rzeźbionym ornamentom na bokach klawiatury, którą kazałem
specjalnie zamówić na północy Włoch. „W życiu liczy się tylko bogactwo, ale
nikt oprócz nas, libertarian, tego nie rozumie” – pomyślałem sobie i
przystąpiłem do pisania.
Wkrótce w całym pokoju dał się
słyszeć charakterystyczny łoskot moich złotych pierścieni uderzających o
klawisze. Po kilku napisanych zdaniach urwał mi się jednak wątek, lecz na
szczęście na ścianie naprzeciwko biurka miałem porozwieszane wielkie plakaty
przedstawiające zdjęcia ludzkiej nędzy. Czarno-białe obrazy przedstawiały
ubogich i tych, którym w życiu kompletnie nie wyszło. Ten miły dla każdego
libertarianina widok przyprawił mnie o uśmiech na twarzy oraz przywrócił
jasność umysłu. Pstryknąłem palcami i wróciłem do pisania.
Szło mi teraz bardzo gładko, przede
wszystkim dlatego, że jako libertarianin nie uznaję żadnych zasad, nawet zasad
interpunkcji ani ortografii. O, gdyby mój polemista tylko wiedział, jak bardzo
jestem nieposłuszny i niesubordynowany! Bywają takie momenty, że bezczelnie
przechodzę na czerwonym świetle gdy nie jedzie żaden samochód, że jeżdżę więcej
niż 90 km/h w terenie niezabudowanym, a nawet potajemnie nie płacę abonamentu
radiowo-telewizyjnego. Lubię prowokować i gardzę tymi, którzy trzymają się
zasad.
Gdy razem z kolegami-libertarianami
spotykamy się czasami, aby grać w piłkę, każdy z nas gra według własnych zasad.
Może nie powinienem tego mówić, ale zawsze kończy się to chaosem, biedą i walką
każdego z każdym. Ale nas, atlasów cywilizacji, takie rzeczy nie obchodzą.
Jesteśmy egoistami i nie interesuje nas to, czy inni uznają, że strzeliliśmy
bramkę, czy nie. Liczy się tylko to, co my myślimy, a nie jakiekolwiek zasady. Każdy
ma prawo kopać piłkę tak, jak chce, a kto tego nie rozumie ten jest
przebrzydłym zwolennikiem państwa!
Wczoraj po piłce rozmawialiśmy w
naszym libertariańskim gronie na temat nadchodzących obchodów święta pieniądza.
Kolega, który jest wyższym kapłanem libertariańskiego egoizmu zaproponował, aby
w czasie uroczystości oddać hołd naszemu skrywanemu idolowi – Barabaszowi.
Facet miał przynajmniej jaja, a nie jak ci chrześcijanie, którymi gardzimy,
tfu! Gdyby jeszcze ten cały Jezus pozwolił się bogacić, ale on się zupełnie nie
znał na interesach. Z tego, co czytałem w pamiętnikach Barabasza, to chyba się
ciesielką zajmował i taki z niego libertarianin.
Ale dość tych dygresji, trzeba było
dokończyć polemikę. Tak się rozpisałem, że zmuszony byłem odmówić prostytutki,
gdyż my, libertyni… to znaczy:
libertarianie!, traktujemy naszą ideologię tylko i wyłącznie jako pretekst do
totalnej rozpusty. Wkrótce zadzwonił też znajomy, z którym umówiłem się
wcześniej na wyjazd do ośrodka pomocy społecznej w celu wyśmiania osób, które
tam przychodzą. Był wściekły i mówił, że jeśli chcemy świata bez biedy i
słabości, nie możemy odpuszczać takich okazji, ale gdy tylko mu powiedziałem,
że odpisuje na polemikę największego znawcy i wroga libertarianizmu -Tomasza
Teluka – od razu dał spokój.
W końcu, powodowany pogardą dla
cierpienia, napisałem tekst i wysłałem go do gazety. Buzujące mi w żyłach
nienawiść i nieposłuszeństwo podpowiadały mi, że miałem rację. My,
libertarianie, nigdy się nie mylimy i gotowi jesteśmy nawet pouczać sprzątaczki
jak mają trzymać mopa zgodnie z naszą jedyną, słuszną ideologią, przy pomocy
której chcemy tak naprawdę zniszczyć religię.
Cholera, że też jeszcze nikt o nas
nie nakręcił horroru!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
