Na początku pochwalę się, że od środy mam tytuł doktora filozofii.
Długo to wszystko trwało, choć nie z mojej winy. Od kiedy w 2008 roku po raz pierwszy pojechałem do Lublina minęło już prawie 7 lat, więc zebrało mi się na refleksje.
Pamiętam czasy, gdy jeszcze studiowałem filozofię na UAM (3 lata) i swoją mordęgę na tej uczelni. Na roku było chyba 80 osób, z których ok. 30 uważało, że filozofia polega na antyklerykalizmie. Było kilku ćpunów, kilku karierowiczów, kilku poetów, ale praktycznie nikt na moim roku nie był zainteresowany filozofią jako taką. Wszyscy łykali to, co im podsuwano na zajęciach nawet nie zastanowiwszy się na nad tym, czy tak naprawdę uczą się filozofii czy tez raczej historii filozofii. W moim przekonaniu na państwowych uniwersytetach w Polsce kształci się bowiem właśnie historyków filozofii, a nie filozofów. Budżetowi filozofowie uczą się więc, że był jakiś Platon, jakiś Arystoteles, potem inni, ale koniec końców nie przedstawia im się żadnej konkretnej propozycji myślowej. Nie uczy się dziś myślenia, tylko żonglowania nazwiskami, postaciami. Tak jest zresztą z każdym przedsiębiorstwem państwowym - zamiast prawdziwego produktu, usługi, dostaje się namiastkę, bubel, który ma naśladować oryginał dostępny na rynku.
Im bardziej więc nabierałem świadomości, że biorę udział w jednej wielkiej państwowej farsie, którą nazywa się dla niepoznaki studiami filozoficznymi, tym bardziej narastał we mnie libertarianin, który miał ochotę wszystko rzucić w cholerę.
Na szczęście w tym właśnie okresie wzrastało moje zainteresowanie lubelską szkołą filozofii. W Poznaniu na filozofii jej osiągnięcia stanowią temat tabu - o tym się zwyczajnie nie mówi.
Swoje ostatnie tygodnie na państwowej filozofii poświęcałem więc na stawianiu wykładowcom niewygodnych pytań o to, czy uniwersytet nie powinien być prywatny oraz na dynamicznym poznawaniu filozofii realistycznej, uprawianej w Polsce tylko na KUL-u, UKSW oraz przez nieliczne osoby na kilku innych uczelniach.
W 2008 roku powziąłem plan: kończę z farsą państwowych studiów filozoficznych, idę do pracy na pełen etat, a zarobione pieniądze przeznaczam na studia doktoranckie na prywatnej uczelni, którą w dalszym ciągu (pomimo sowitych dotacji od państwa) jest Katolicki Uniwersytet Lubelski. Zamiana "darmowych" studiów na państwowej uczelni na płatne studia na prawdziwie prywatnej uczelni była zdecydowanie ozdrowieńcza. Gdyby ktoś nie wiedział, w Lublinie wykładają jeszcze jedni z ostatnich na świecie filozofowie skłonni bez wahania uznać, że świat istnieje naprawdę.
Ponieważ w myśli libertariańskiej odnalazłem jednoznaczne wątki ukazujące tą teorię w filozoficznym realizmie (wypowiedzi Rothbarda, Davida Gordona), zrozumiałem wówczas prostą i banalną prawdę: prawdziwie prywatne uczelnie skłaniają się zawsze ku filozoficznemu realizmowi. Im bardziej zaś dana uczelnia uzależniona od podatków, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie na niej królował idealizm.
Wtedy zrozumiałem dobitnie, że filozofowie utrzymujący się z podatków to jedne z najgorszych i najbardziej zakłamanych osób, posługujących się wzniośle brzmiącymi i zawiłymi teoriami, a jednocześnie nie potrafiącymi zmierzyć się moralnie z banalnym faktem własnego zaprzedania państwu.
Choć swoje studia doktoranckie odbywałem uczęszczając na seminarium w zakładzie metafizyki zdecydowałem, że realistyczne wątki w teorii Rothbarda, jego jednoznaczne opowiedzenie się po stronie tradycji arystotelizmu-tomizmu było zbyt istotne, abym mógł je odpuścić i poprzez swoją pracę postarałem się przerzucić pomost pomiędzy tomizmem a libertarianizmem.
Pamiętam dokładnie dzień, w którym na seminarium zakładowym przedstawiłem w formie krótkiego referatu zamiar napisania swojej pracy pt. "Antropologiczne podstawy Murraya Rothbarda teorii działania". Reakcja osób obecnych w sali była co najmniej zaskakująca. Jeden z doktorów habilitowanych, choć doskonale wiedział, że jestem doktorantem, zapytał na głos, czy piszę pracę magisterską czy doktorską. Po seminarium podszedł do mnie i spytał: "A ten cały Rothbard to nie jest przypadkiem Żyd?" Odpowiedziałem: "Tak, a czemu"? Popatrzał na mnie z dziwnym uśmiechem i nic nie powiedział.
Inny z obecnych na sali doktorów powiedział, że mi się na pewno nie uda. Po seminarium on także podszedł do mnie i powiedział mniej więcej tak: "Wie Pan, jak Pan się przyjrzy tematowi z bliska, to Pan zobaczy, że na pewno libertarianizm i filozofia realistyczna są nie do pogodzenia. Zobaczy Pan" - "Chciałbym wpierw dokładnie zbadać sprawę" - odpowiedziałem. "Na pewno się Panu nie uda. Na pewno". Odpowiedziałem w tym samym duchu, co wcześniej, a on patrzał mi w oczy i mówił wciąż, że się nie uda.
Podobne przekonanie, iż na pewno się mi nie uda wygłaszali co jakiś czas różni osobnicy z mojego otoczenia (ich personalia nie są w tej chwili istotne). Ich wspólny, zapewne nieuświadomiony, komunikat był jasny: porzuć to, nie zajmuj się tym. Niestety, im bardziej zagłębiałem się w temat, tym częściej natrafiałem na to, iż najczęstszym argumentem przeciwko Rothbardowi jest bezmyślne przyprawianie mu gęby radykała, bez próby zrozumienia o co mu chodzi. Doprawdy zdumiewające jest to, z jaką częstotliwością i łatwością ludzie ukazują Rothbarda i jego libertarianizm jako zło wcielone, nie próbując nawet przeczytać jego tekstów.
Ostatecznie, po kilku latach, obroniłem swoją pracę doktorską, w której Rothbard został ukazany jako kontynuator tradycji filozoficznego realizmu oraz klasycznej antropologii filozoficznej. Co oczywiste, ukazałem też, iż wnioski, do których doszedł Rothbard różnią się od tych, do których doszedł chociażby św. Tomasz, ale wg mnie pomimo przyjęcia tych samych zasad w punkcie wyjścia to tomiści i arystotelicy popełnili błąd, a nie Rothbard. Napisałem o tym nawet w swojej pracy, ale z pewnych względów, których nie zamierzam obecnie ujawniać, fragment ten został usunięty.
(Kończę już, bo przydługawy wpis.)
Mam więc ogromną satysfakcję, że przebrnąłem ze swoją pracą dotyczącą "radykalnego anarchokapitalisty" przez te wszystkie lata, pomimo prób ukazania moich wysiłków jako gorszych niż rozważania rasowych filozofów, pomimo pewnych prób zastraszenia przeciwko poruszaniu takiej tematyki, pomimo dziesiątek nocy spędzonych w nocnych autobusach i pociągach oraz pomimo pieniędzy, które z własnej kieszeni wyłożyłem na te studia (także przy pomocy rodziców). Jestem cholernie dumny z tego, że mojego doktoratu nie opłacało mi państwo.
Warto było - chociażby po to, żeby odkłamać wszystkie krzywdzące zarzuty stawiane pod adresem Rothbarda przez polskich filozofów utrzymywanych z pieniędzy podatników.
Dawniej pobozny-socjalizm.blogspot.com. Prywatne opinie, polemiki, komentarze
niedziela, 1 marca 2015
niedziela, 22 lutego 2015
Waldemar Deska, czyli dramat libertarian
Czy Wy też odnosicie takie wrażenie, że kandydat Ruchu Narodowego na prezydenta, Marian Kowalski, gdyby doszedł do władzy to chciałby wam dać wpier...l?
Przepraszam za język, ale właśnie coś takiego odczytuję zawsze, gdy na niego patrzę.
Kandydaci prawicy jak zwykle plotą swoje tradycyjne bzdury. Twierdzą, że są wolnościowcami i antysystemowcami, a jednocześnie mówią, że mamy słabe państwo i że trzeba je wzmocnić. ŻADEN z nich nie proponuje najważniejszych wolnościowych postulatów: secesji, autonomii regionów, decentralizacji władzy, jej fragmentacji. Wszystko, co mają do powiedzenia sprowadza się mniej więcej do stwierdzenia: "Głosujcie na mnie, bo ja jestem uczciwy i jak dojdę do władzy, to będzie lepsze państwo". Wszyscy, jak jeden mąż zdradzają tę samą fatalną wiarę w utopijną instytucję zwaną państwem, której reformować zwyczajnie się nie da.
Wybaczcie, ale po co nam obniżka podatków pod rządami prawicowców? Żeby powiększyć armię i zwiększyć dochody państwa? Po jakie licho?!
Niestety, niewiele lepszy (lepszy?) jest niejaki Waldemar Deska, oficjalny kandydat Partii Libertariańskiej na stanowisko prezydenta. Facet właściwie wziął się znikąd i niestety wygaduje bzdury, które nie licują nikomu, kto powołuje się na teorię doprowadzoną do świetności przez Murraya Rothbarda.
Oto czytam wywiad z Panem Deską przeprowadzonym dla serwisu Libertarianin.org, na którym mam zaszczyt publikować swoje comiesięczne felietony.
Wybaczcie, drodzy libertarianie, ale facet mnie nie tylko nie przekonuje, ale i zasmuca.
Przede wszystkim, zamiast negować państwo, przekonuje uparcie, że trzeba "przestrzegać konstytucji"? Ale czemu niby, Panie Waldemarze? Czy nasza konstytucja przypomina choć trochę amerykańską konstytucję, żeby jej tak bronić? (choć i to nie ma większego sensu) Od kiedy w ogóle libertarianie uważają, że przed państwem ludzi chroni dokument wystawiony przez samo państwo? Nie czytał Pan nigdy Lysandera Spoonera?
Deska jest także przeciwnikiem prywatyzacji Lasów Państwowych, no nam ich ponoć "wszyscy zazdroszczą". Nie prywatyzowałby też PKP. W ogóle uważa, że choć wolnościowcy "odmieniają wolność na wszelkie możliwe sposoby", "w praktyce z wolnym rynkiem jest gorzej". Libertarianin, który twierdzi, że w praktyce z wolnym rynkiem jest nie najlepiej - ludzie, skąd wyście go wzięli?
Na pytanie o to, kto jest dla niego największym autorytetem wśród wolnościowców, odpowiada: Bob Marley (O Boże, powiedzcie, że ten cały wywiad to jakiś żart...)
To nie koniec. Pan Deska chce także korzystać z pomocy państwa, walcząc z wielkimi korporacjami. Uważa, że "Państwo dotychczas nie radziło sobie, jest słabsze od globalnych graczy."
Człowieku!! Czy ty nigdy nie czytałeś nic na temat teorii monopoli, czym one tak naprawdę są oraz nie uświadomiłeś sobie tego, iż bez państwa zwyczajnie ich nie było? To nie państwo powinno nas bronić przed korporacjami, lecz my powinniśmy być bronieni przed państwem oraz jego pseudo-prywatnymi korporacjami!!
Ale prawdziwą wisienką na torcie jest następujące pytanie serwisu Libertarianin.org oraz odpowiedź Deski:
Czy czytał Pan coś z wolnościowej literatury? Czy ma Pan swoją ulubioną pozycję wśród książek?
Źródeł wolności poszukiwałem w naukach Jezusa Chrystusa, Buddy, Mahometa, Konfucjusza, św. Tomasza, Jana Pawła II i Dalajlamy. To wielcy intelektualiści. Byłem też uczniem Maharishi Mahesh Jogi, liznąłem więc wiedzy wedyjskiej. To główne strumienie światowej kultury. I to doprowadziło mnie do Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, a potem do naszej Konstytucji z 1997 roku, gdzie z zachwytem odnalazłem, jak w pigułce, główny przekaz, istotę myśli humanistycznej i wolnościowej dla wspólnego dobra.
Murray Rothbard, gdy jeszcze żył, musiał także radzić sobie nieustannie z kolejnymi "Deskami", których w latach 80. i 90. nie brakowało w amerykańskiej Partii Libertariańskiej. Rothbard wszystkich "odjechanych" libertarian, którzy poprzez libertarianizm rozumieli promowanie alternatywnego stylu bycia, ekologiczne i para-religijne odpały oraz rezygnację z podstawowych zasad libertarianizmu określał pojęciem wywodzącym się z jidysz: Luftmenschen. Przykładem takiego właśnie, błądzącego w chmurach osobnika, wydaje się być niewątpliwie Waldemar Deska.
Libertarianie: szczerze, to jest dramat.
Możecie mnie za to krytykować, ale wystawiając kogoś takiego w wyborach, jedynie narażamy się na śmieszność. Jeśli Pan Deska chce państwowej własności, kruszyć partyjny beton, wieść alternatywny żywot oraz walczyć GMO i korporacjami, powinien zapisać się do Nowej Lewicy. Nie do libertarian.
Powtórzę jeszcze raz: Waldemar Deska jako kandydat PL na prezydenta to jeden, wielki dramat.
Przepraszam za język, ale właśnie coś takiego odczytuję zawsze, gdy na niego patrzę.
Kandydaci prawicy jak zwykle plotą swoje tradycyjne bzdury. Twierdzą, że są wolnościowcami i antysystemowcami, a jednocześnie mówią, że mamy słabe państwo i że trzeba je wzmocnić. ŻADEN z nich nie proponuje najważniejszych wolnościowych postulatów: secesji, autonomii regionów, decentralizacji władzy, jej fragmentacji. Wszystko, co mają do powiedzenia sprowadza się mniej więcej do stwierdzenia: "Głosujcie na mnie, bo ja jestem uczciwy i jak dojdę do władzy, to będzie lepsze państwo". Wszyscy, jak jeden mąż zdradzają tę samą fatalną wiarę w utopijną instytucję zwaną państwem, której reformować zwyczajnie się nie da.
Wybaczcie, ale po co nam obniżka podatków pod rządami prawicowców? Żeby powiększyć armię i zwiększyć dochody państwa? Po jakie licho?!
Niestety, niewiele lepszy (lepszy?) jest niejaki Waldemar Deska, oficjalny kandydat Partii Libertariańskiej na stanowisko prezydenta. Facet właściwie wziął się znikąd i niestety wygaduje bzdury, które nie licują nikomu, kto powołuje się na teorię doprowadzoną do świetności przez Murraya Rothbarda.
Oto czytam wywiad z Panem Deską przeprowadzonym dla serwisu Libertarianin.org, na którym mam zaszczyt publikować swoje comiesięczne felietony.
Wybaczcie, drodzy libertarianie, ale facet mnie nie tylko nie przekonuje, ale i zasmuca.
Przede wszystkim, zamiast negować państwo, przekonuje uparcie, że trzeba "przestrzegać konstytucji"? Ale czemu niby, Panie Waldemarze? Czy nasza konstytucja przypomina choć trochę amerykańską konstytucję, żeby jej tak bronić? (choć i to nie ma większego sensu) Od kiedy w ogóle libertarianie uważają, że przed państwem ludzi chroni dokument wystawiony przez samo państwo? Nie czytał Pan nigdy Lysandera Spoonera?
Deska jest także przeciwnikiem prywatyzacji Lasów Państwowych, no nam ich ponoć "wszyscy zazdroszczą". Nie prywatyzowałby też PKP. W ogóle uważa, że choć wolnościowcy "odmieniają wolność na wszelkie możliwe sposoby", "w praktyce z wolnym rynkiem jest gorzej". Libertarianin, który twierdzi, że w praktyce z wolnym rynkiem jest nie najlepiej - ludzie, skąd wyście go wzięli?
Na pytanie o to, kto jest dla niego największym autorytetem wśród wolnościowców, odpowiada: Bob Marley (O Boże, powiedzcie, że ten cały wywiad to jakiś żart...)
To nie koniec. Pan Deska chce także korzystać z pomocy państwa, walcząc z wielkimi korporacjami. Uważa, że "Państwo dotychczas nie radziło sobie, jest słabsze od globalnych graczy."
Człowieku!! Czy ty nigdy nie czytałeś nic na temat teorii monopoli, czym one tak naprawdę są oraz nie uświadomiłeś sobie tego, iż bez państwa zwyczajnie ich nie było? To nie państwo powinno nas bronić przed korporacjami, lecz my powinniśmy być bronieni przed państwem oraz jego pseudo-prywatnymi korporacjami!!
Ale prawdziwą wisienką na torcie jest następujące pytanie serwisu Libertarianin.org oraz odpowiedź Deski:
Czy czytał Pan coś z wolnościowej literatury? Czy ma Pan swoją ulubioną pozycję wśród książek?
Źródeł wolności poszukiwałem w naukach Jezusa Chrystusa, Buddy, Mahometa, Konfucjusza, św. Tomasza, Jana Pawła II i Dalajlamy. To wielcy intelektualiści. Byłem też uczniem Maharishi Mahesh Jogi, liznąłem więc wiedzy wedyjskiej. To główne strumienie światowej kultury. I to doprowadziło mnie do Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, a potem do naszej Konstytucji z 1997 roku, gdzie z zachwytem odnalazłem, jak w pigułce, główny przekaz, istotę myśli humanistycznej i wolnościowej dla wspólnego dobra.
Murray Rothbard, gdy jeszcze żył, musiał także radzić sobie nieustannie z kolejnymi "Deskami", których w latach 80. i 90. nie brakowało w amerykańskiej Partii Libertariańskiej. Rothbard wszystkich "odjechanych" libertarian, którzy poprzez libertarianizm rozumieli promowanie alternatywnego stylu bycia, ekologiczne i para-religijne odpały oraz rezygnację z podstawowych zasad libertarianizmu określał pojęciem wywodzącym się z jidysz: Luftmenschen. Przykładem takiego właśnie, błądzącego w chmurach osobnika, wydaje się być niewątpliwie Waldemar Deska.
Libertarianie: szczerze, to jest dramat.
Możecie mnie za to krytykować, ale wystawiając kogoś takiego w wyborach, jedynie narażamy się na śmieszność. Jeśli Pan Deska chce państwowej własności, kruszyć partyjny beton, wieść alternatywny żywot oraz walczyć GMO i korporacjami, powinien zapisać się do Nowej Lewicy. Nie do libertarian.
Powtórzę jeszcze raz: Waldemar Deska jako kandydat PL na prezydenta to jeden, wielki dramat.
wtorek, 20 maja 2014
To NIE musi być państwowe już w księgarniach
Od kilku dni w księgarniach dostępna jest moja nowa książka pt. "To NIE musi być państwowe".
Jestem z niej bardzo dumny. Tym bardziej, że spędziłem na jej pisaniu wiele godzin, co poskutkowało całkiem sporą objętością. Chciałem, aby dzięki niej Czytelnik zrozumiał, że nie jesteśmy skazani na żadne państwo oraz że przyszłosć ludzkości to świat oparty na sieci dobrowolnych wymian, wolny od dyktatu zinstytucjonalizowanej przemocy.
PS. Przy okazji przepraszam wszystkich dotychczasowych czytelników bloga za brak nowych wpisów, ale miesiąc temu urodził mi się drugi syn, a ja zacząłem nową pracę na pełen etat i ciężko mi się wyrobic z wieoma sprawami.
Jestem z niej bardzo dumny. Tym bardziej, że spędziłem na jej pisaniu wiele godzin, co poskutkowało całkiem sporą objętością. Chciałem, aby dzięki niej Czytelnik zrozumiał, że nie jesteśmy skazani na żadne państwo oraz że przyszłosć ludzkości to świat oparty na sieci dobrowolnych wymian, wolny od dyktatu zinstytucjonalizowanej przemocy.
PS. Przy okazji przepraszam wszystkich dotychczasowych czytelników bloga za brak nowych wpisów, ale miesiąc temu urodził mi się drugi syn, a ja zacząłem nową pracę na pełen etat i ciężko mi się wyrobic z wieoma sprawami.
środa, 27 listopada 2013
W odpowiedzi Tomaszowi Telukowi
Gdy
tylko przeczytałem tekst Tomasza Teluka krytykujący libertarian,
postanowiłem zasiąść do mego złotego laptopa i napisać zdecydowaną ripostę.
Nim podszedłem do swego mahoniowego
biurka, przy którym bawiły się jeszcze moje dwa charty, musiałem zawołać
służącego, aby wyprowadził je na spacer. Gdy uruchamiał się komputer,
przyglądałem się rzeźbionym ornamentom na bokach klawiatury, którą kazałem
specjalnie zamówić na północy Włoch. „W życiu liczy się tylko bogactwo, ale
nikt oprócz nas, libertarian, tego nie rozumie” – pomyślałem sobie i
przystąpiłem do pisania.
Wkrótce w całym pokoju dał się
słyszeć charakterystyczny łoskot moich złotych pierścieni uderzających o
klawisze. Po kilku napisanych zdaniach urwał mi się jednak wątek, lecz na
szczęście na ścianie naprzeciwko biurka miałem porozwieszane wielkie plakaty
przedstawiające zdjęcia ludzkiej nędzy. Czarno-białe obrazy przedstawiały
ubogich i tych, którym w życiu kompletnie nie wyszło. Ten miły dla każdego
libertarianina widok przyprawił mnie o uśmiech na twarzy oraz przywrócił
jasność umysłu. Pstryknąłem palcami i wróciłem do pisania.
Szło mi teraz bardzo gładko, przede
wszystkim dlatego, że jako libertarianin nie uznaję żadnych zasad, nawet zasad
interpunkcji ani ortografii. O, gdyby mój polemista tylko wiedział, jak bardzo
jestem nieposłuszny i niesubordynowany! Bywają takie momenty, że bezczelnie
przechodzę na czerwonym świetle gdy nie jedzie żaden samochód, że jeżdżę więcej
niż 90 km/h w terenie niezabudowanym, a nawet potajemnie nie płacę abonamentu
radiowo-telewizyjnego. Lubię prowokować i gardzę tymi, którzy trzymają się
zasad.
Gdy razem z kolegami-libertarianami
spotykamy się czasami, aby grać w piłkę, każdy z nas gra według własnych zasad.
Może nie powinienem tego mówić, ale zawsze kończy się to chaosem, biedą i walką
każdego z każdym. Ale nas, atlasów cywilizacji, takie rzeczy nie obchodzą.
Jesteśmy egoistami i nie interesuje nas to, czy inni uznają, że strzeliliśmy
bramkę, czy nie. Liczy się tylko to, co my myślimy, a nie jakiekolwiek zasady. Każdy
ma prawo kopać piłkę tak, jak chce, a kto tego nie rozumie ten jest
przebrzydłym zwolennikiem państwa!
Wczoraj po piłce rozmawialiśmy w
naszym libertariańskim gronie na temat nadchodzących obchodów święta pieniądza.
Kolega, który jest wyższym kapłanem libertariańskiego egoizmu zaproponował, aby
w czasie uroczystości oddać hołd naszemu skrywanemu idolowi – Barabaszowi.
Facet miał przynajmniej jaja, a nie jak ci chrześcijanie, którymi gardzimy,
tfu! Gdyby jeszcze ten cały Jezus pozwolił się bogacić, ale on się zupełnie nie
znał na interesach. Z tego, co czytałem w pamiętnikach Barabasza, to chyba się
ciesielką zajmował i taki z niego libertarianin.
Ale dość tych dygresji, trzeba było
dokończyć polemikę. Tak się rozpisałem, że zmuszony byłem odmówić prostytutki,
gdyż my, libertyni… to znaczy:
libertarianie!, traktujemy naszą ideologię tylko i wyłącznie jako pretekst do
totalnej rozpusty. Wkrótce zadzwonił też znajomy, z którym umówiłem się
wcześniej na wyjazd do ośrodka pomocy społecznej w celu wyśmiania osób, które
tam przychodzą. Był wściekły i mówił, że jeśli chcemy świata bez biedy i
słabości, nie możemy odpuszczać takich okazji, ale gdy tylko mu powiedziałem,
że odpisuje na polemikę największego znawcy i wroga libertarianizmu -Tomasza
Teluka – od razu dał spokój.
W końcu, powodowany pogardą dla
cierpienia, napisałem tekst i wysłałem go do gazety. Buzujące mi w żyłach
nienawiść i nieposłuszeństwo podpowiadały mi, że miałem rację. My,
libertarianie, nigdy się nie mylimy i gotowi jesteśmy nawet pouczać sprzątaczki
jak mają trzymać mopa zgodnie z naszą jedyną, słuszną ideologią, przy pomocy
której chcemy tak naprawdę zniszczyć religię.
Cholera, że też jeszcze nikt o nas
nie nakręcił horroru!
środa, 20 listopada 2013
Ekumenizm a państwo
Problem ekumenizmu zaczął się w momencie, gdy
chrześcijaństwo zaakceptowało patronat państwa.
Przez pierwsze trzy wieki po śmierci Chrystusa Kościół
był organizacją zwalczaną przez państwo, a i ludzie Kościoła stronili od
władzy. Idea ekumenizmu była wówczas rozumiana jako jedność wszystkich
chrześcijan zamieszkujących Europę, Azję i Afrykę. Poszczególne kościoły
lokalne zachowywały łączność z następcami św. Piotra oraz jedność wyznawanej
wiary. Już wtedy istniały pierwsze herezje, lecz żadna z nich nie była w stanie
się utrwalić, gdyż Kościół, jako instytucja prywatna, doskonale radził sobie z
wszelkimi błędami doktrynalnymi. Relatywnie największą herezją był wówczas
doketyzm, któremu jednak nie udało się nigdy zapuścić trwałych korzeni.
Pozbawieni wsparcia ze strony ziemskich władców heretycy byli bezsilni i
dlatego Kościół oczyszczał się z nich w dość sprawny sposób.
Pierwsze poważne herezje, które przyczyniły się do
dalszego nawarstwienia podziałów w chrześcijaństwie, pojawiły się dopiero po
uczynieniu z chrześcijaństwa religii państwowej. Kościół był wciąż nominalnie
jeden, ale za sprawą mariażu z władzą niemal w każdej dekadzie rozsadzały go od
środka różnego rodzaju herezje. Praktycznie bez wyjątku herezje te były
wspierane przez państwo. Cesarz Konstancjusz oficjalnie wspierał arianizm,
który w pewnym momencie dominował nawet nad ortodoksją. Była to pierwsza wielka
herezja, która swoją siłę czerpała właśnie ze wsparcia udzielanego przez
państwo.
W 395 roku Cesarstwo Rzymskie podzieliło się na dwie
części, co miało niebagatelny wpływ na dalsze losy chrześcijaństwa oraz idei
ekumenizmu. Gdyby Kościół nie przyjął państwowego patronatu, problemy, które
wkrótce wynikły, prawdopodobnie nigdy by nie zaistniały. Jako organizacja
stroniąca od państwa, mógłby z łatwością uniknąć wszystkich ciosów, które
spadły na niego w kolejnych wiekach, lecz niestety górę wzięło mylne
przekonanie, że chrześcijaństwo powinno być religią państwową. Kościół
podzielił się więc na wzór władzy.
Cesarstwo Zachodnie szybko upadło i dlatego chrześcijanie
łacińscy byli przez kolejne wieki prawdziwym wzorem ortodoksji dla swych
odpowiedników ze wschodu. Cesarze bizantyjscy aktywnie forsowali kolejne
herezje: monofizytyzm, czy też ruch ikonoklastyczny. Gdy wpływy Cesarstwa
Wschodniego w Italii całkowicie zanikły, a papiestwo zawarło wielki patronacki
sojusz z Frankami tworząc nowe Cesarstwo, pojawiła się najważniejsza przesłanka
do wielkiej schizmy. Błędna idea chrześcijaństwa jako religii państwowej
zaowocowała tym, iż dwa wielkie „chrześcijańskie” państwa chciały zyskać
wyłączność dla swego patronatu. Ostatecznie w 1054 roku doszło do trwającego
podziału między chrześcijanami, który jednocześnie stał się matrycą kolejnych
podziałów oraz zaczynem dla współczesnej mutacji idei ekumenizmu. Odtąd każdy
władca potężnego państwa będzie chciał utworzyć własny kościół i w tym celu
aktywnie wspierał twórców kolejnych herezji.
Dopóki władza na zachodzie Europy była słaba, ryzyko
zaistnienia nowych podziałów było znikome. Jednakże począwszy od XIV wieku
narastały tendencje wzmacniające władze, których motorem napędowym byli
późnośredniowieczni heretycy. Zapowiedzią nadchodzącej katastrofy była Wielka
Schizma Zachodnia (1378-1417), kiedy to Francja rzuciła wyzwanie Cesarstwu chcąc
przejąć rolę wyłącznego państwowego patrona Kościoła. Schizmę udało się na
chwilę uciszyć, lecz powróciła niczym wezbrana fala wraz z Reformacją.
Zasadniczym skutkiem Reformacji było pojawienie się setek
nowych heretyckich wyznań i sekt, które walczyły ze sobą oraz z katolicyzmem skażonym
akceptacją dla państwa o uczynienie z nich religii państwowych. Katolicy
zachowali kontrolę w wielu krajach, lecz w wielu innych zwyciężyli kalwini i
luteranie, którzy natychmiast przystąpili do utworzenia kościołów państwowych.
Schizma z 1054 roku uległa fatalnemu w skutkach zwielokrotnieniu przede
wszystkim dlatego, iż ludzkimi umysłami bez reszty zawładnęło przekonanie, iż
wiara chrześcijańska może być pogodzona z instytucją państwa. Gdyby nie to
przekonanie, żadna ze schizm najprawdopodobniej nigdy nie miałaby miejsca, gdyż
heretyków nie broniliby władcy państw. Czemuż zresztą mieliby to czynić, gdyby
ortodoksyjnym stanowiskiem chrześcijaństwa było zdystansowanie się od państwa?
Reformacją Bóg wystawił chrześcijanom rachunek za wielki błąd, którego
dopuścili się w 313 roku.
Wziąwszy przykład z Zachodu, chrześcijanie wschodni
dokonali kolejnej schizmy, tworząc w 1589 roku Patriarchat Moskiewski.
Przyczyna była dokładnie taka sama – Moskwa chciała być nowym imperium, „nowym
Rzymem”. Utworzenie polskiego kościoła państwowego postulowali nawet polscy
Sarmaci, lecz na szczęście ich pomysł nie został zrealizowany. W wyniku tych
wszystkich schizm jedność chrześcijan stała się wielkim mitem. W XVI i XVII
wieku podzieleni chrześcijanie stoczyli na dodatek szereg krwawych wojen, przy
pomocy których chcieli sobie udowodnić czyje państwo będzie rzekomo lepszym
patronem wiary.
Gdy już upuścili sobie nawzajem zbyt wiele krwi, zaczęli
rozmyślać nad tym, w jaki sposób powstrzymać dalsze masakry i wojny.
Rozwiązanie było proste: wystarczyło wycofać się z mylnego przekonania o
możliwości pogodzenia ze sobą wiary i państwa, lecz zarażone statolatrią umysły
tamtej epoki przystąpiły do ideologicznej ofensywy. Tak właśnie zrodził się współczesny
ekumenizm, rozumiany jako idea łączności katolików z heretykami za wszelką
cenę.
Nowożytny ekumenizm zrodził się w krajach protestanckich,
w których liderzy poszczególnych ugrupowań zauważyli z przerażeniem, że
podziały w ich łonie coraz bardziej się nasilają, zaś Kościół katolicki
pozostaje monolitem (szacuje się, że istnieje dziś aż 33 tysiące odmian
protestantyzmu!). Zdawali sobie doskonale sprawę z tego, że podziały w ich
własnym gronie osłabiają ich w konfrontacji z ortodoksją i dlatego podjęli
intelektualną ofensywę. Podstawowym punktem tejże ofensywy była koncepcja
zasadniczych prawd wiary, łączących wszystkie wyznania. Rozmaici teolodzy i
filozofowie protestanccy wysuwali różnorakie propozycje tzw. minimum, w które
każdy wierzyć powinien, bez względu na wyznanie („wszyscy wierzymy w jednego
Boga” itd.). Chciano w ten sposób stworzyć kolejną platformę do dalszych
podziałów, gdyż chrześcijaństwo zredukowane do kilku dogmatów dawałoby jeszcze
większe pole do teologicznych nadużyć.
Szczytowe zainteresowanie ideami ekumenicznymi w świecie
protestanckim przed ich ponownym triumfalnym wypłynięciem na powierzchnię u
schyłku XIX wieku miało miejsce tuż po Wojnie Trzydziestoletniej. Głównymi
ośrodkami protestanckiego ekumenizmu stały się Moguncja i Hanower. Jednym z
najsłynniejszych zwolenników idei połączenia różnych wyznań w jedno w oparciu o
tzw. „minimum wiary” był luterański pastor Georg Calixtus (1586-1656). Głoszone
przez niego poglądy spolaryzowały cały protestancki świat, otrzymując nazwę
„synkretyzmu”. Podobne poglądy głosił także kalwiński duchowny John Dury (1596-1680),
który w ramach swojego ekumenicznego zapału przyjechał nawet specjalnie do
Niemiec, aby połączyć ze sobą kalwinów, luteranów i pozostałe odłamy
protestantyzmu. Swoich apostołów ekumenizm miał też w Polsce, gdzie działali
Bartłomiej Bythner (1559-1629), czy też Daniel Kałaj (? – 1681) – kalwińscy
ministrowie. Pod wpływem ich działań w 1645 roku w Toruniu doszło nawet z
inspiracji króla Władysława IV do tzw. Colloquium
Charitativa, czyli braterskiej rozmowy wszystkich wyznań, lecz na szczęście
nie udało się wówczas ustalić żadnego minimalnego zestawu prawd wiary.
Podstawową przyczyną, dla której XVII-wieczny ekumenizm
inspirowany przez protestantów nie zyskał trwałych podstaw było ich skupienie
się na jedności wyznań protestanckich. Niechęć do wyznania rzymskiego była
jeszcze wówczas zbyt silna, aby ekumenizm rozumiany jako jedność z heretykami
mógł zyskać powodzenie.
Jednakże u schyłku XVII wieku protestanccy teolodzy
zyskali nowego sojusznika w postaci Gottfrieda Leibniza. Ów słynny matematyk (i
niezbyt wybitny, choć niezmiernie modny filozof), był nominalnie luteraninem,
lecz jak to na „racjonalistów” przystało, rzadko lub prawie w ogóle nie
nawiedzał świątyń. Ten niezmiernie dumny filozof otwarcie stronił od religii
opartej na prawdach wiary i w zamian postulował „religię filozoficzną”, która
miałaby stanowić wspólny fundament dla wszystkich wyznań. Traktując swoje
własne przemyślenia jako nadrzędne wobec dogmatów, którymi zresztą gardził,
Leibniz zaangażował się w pewnym momencie w projekt bliźniaczo podobny do
współczesnego ekumenizmu.
W latach 60. XVII wieku nadworny filozof Elektora
Hanoweru opracował więc zestaw tzw. „minimum dogmatycznego”, noszący nazwę Demonstrationes Catholicae, który
później Elektor przedstawił papieżowi. Nawiązał także kontakty z katolickimi
biskupami i duchownymi (jak choćby z Bossuetem), przekonując ich do
konieczności stworzenia nowej, ekumenicznej religii. Gdy jego trwające kilka
dekad wysiłki spełzły na niczym, tuż przed nastaniem XVIII wieku podjął nowy
plan unifikacji protestantyzmu i prawosławia. W swoich działaniach był nieco
osamotniony i dlatego nigdy nie udało mu się doprowadzić do obranego przez
siebie celu, który, jak można się domyślać, miał potwierdzić jego wielkość jako
myśliciela.
Idee Leibniza nie zginęły jednak bezpowrotnie i podjęto
je ponownie, gdy sytuacja geopolityczna uległa sporym zmianom. Na przełomie XIX
i XX wieku duchowni i teolodzy protestanccy zrozumieli, że nadszedł czas na
kolejną, tym razem decydującą ofensywę. Tym razem głównymi rzecznikami idei
„redukcji dogmatycznej” byli m.in. anglikański duchowny George Bell (1883-1958)
oraz szwedzki pastor Olaf Söderblom (1866-1931), którego uhonorowano nawet w
1930 roku Nagrodą Nobla. W 1948 roku w Amsterdamie założona została Światowa
Rada Kościołów, do której na szczęście nie należy nadal Kościół Katolicki.
Zgromadzeni w tej organizacji protestanci i przedstawiciele pomniejszych
wspólnot wspólnie lobbują od tej pory na rzecz zaprószenia idei ekumenizmu w
łonie Kościoła.
To nie przypadek, że inicjatorami ruchu ekumenicznego
byli protestanci oraz „racjonalistyczni”, zeświecczeni filozofowie. O ile
Kościół katolicki od czasów Konstantyna żył w symbiozie z państwem, o tyle
protestantyzm uczynił z religii służkę państwa. W krajach, gdzie protestantyzm
uczyniono religią państwową, doszło do najliczniejszych aktów apostazji oraz
zeświecczenia (czyli przejęcia przez państwo sfery oddziaływania Kościoła).
Herezje Lutra, Kalwina, Zwingliego, czy też Serweta poczyniły wielkie
zniszczenia w społeczeństwach żyjących zgodnie z ich nakazami, a następnie
poszukiwały nowego gruntu do rozprzestrzenienia. Stąd właśnie dążenie do
stworzenia nowej religii ekumenicznej, która dałaby podstawy do dalszych
podziałów i herezji. Co jednak najważniejsze, główni ideolodzy ekumenizmu
dążyli niezmiennie do tego, aby „nadzorcą” religii ekumenicznej było państwo –
do tej idei namawiają także dzisiaj.
Współcześnie ekumenizm bywa wspierany nawet przez wrogów
Kościoła, którzy doskonale wiedzą, że fałszywa jedność, którą głosi ekumenizm,
tak naprawdę jedynie wzmacnia podziały wśród chrześcijan. Tak właśnie czynili
m.in. komuniści w Polsce, aktywnie wspierając wszelkie ekumeniczne tendencje w
polskim Kościele. Tworzenie wspólnej płaszczyzny wiary nie pomoże przynieść
jedności – ta może zostać przywrócona jedynie wówczas gdy obecne herezje utracą
patronat państw. Największe wyznania chrześcijańskie, poza katolicyzmem, są
bowiem do dziś religiami państwowymi (np. anglikanizm, luteranizm szwedzki,
norweski i duński, czy też prawosławie). Od XIX wieku Kościół nie ma już
swojego cesarstwa, które byłoby jego patronem, dlatego współcześnie, jak nigdy
przedtem, pojawiła się szansa na samoczynne oczyszczenie się z herezji.
Schizmatycy to czują i stąd właśnie ich ogromne wysiłki na rzecz propagowania
idei ekumenizmu. Doskonale wiedzą, że jeśli teraz nie uda im się przypuścić
ideowej ofensywy, ich własne wyznania czeka naturalna śmierć, szczególnie w
obliczu postępującej laicyzacji świata zachodu – wywołanej właśnie przez mariaż
z państwem.
Zdecydowana większość dzisiejszych protestantów i
prawosławnych pozostaje przy swoich wyznaniach także dlatego, że w ciągu
ostatnich wieków stały się one niejako religiami narodowymi. Większość narodów
świata ma swoje własne wyznanie, które traktuje jako element państwowej
tożsamości i choć najczęściej niewiele jest osób je praktykujących, ludność
szanuje je jako element konstytutywny swojego państwa.
Choć
wielu osobom może się to wydać paradoksalne, to właśnie idea sojuszu tronu z
ołtarzem oraz chęć uniwersalizmu religijnego pod patronatem potężnego władcy
przyczyniła się do wystąpienia wszelkich schizm i większości herezji.
Współczesny Kościół, który ponownie stał się organizacją prywatną i powszechną,
stoi przed wielką szansą na odciągnięcie wielu chrześcijan od schizmatyckich
wyznań. Musi tylko stanowczo odmawiać partycypacji w ekumenicznym ruchu oraz
trzymać się z dala od państwa. Historia pokazuje, że Kościół doskonale
samoczynnie oczyszcza się z większości błędów o ile tylko stroni od Lewiatana.
czwartek, 26 września 2013
Geniusz Jana Ludwika Wolzogena
Moja fascynacja myślą Jana Ludwika Wolzogena (1599-1661) wciąż rośnie. Co prawda nie przyłączam się do jego rozważań natury teologicznej (np. negacji istnienia Trójcy Św., ikonoklazmu, czy też postulatu liczbowej redukcji dogmatów), lecz poglądy, które głosił na temat relacji wierzącego do państwa są absolutnie przełomowe.
Bardzo cieszy mnie, że ktoś zadał sobie trud przetłumaczenia mojego tekstu na temat Wolzogena na język francuski (dostępny tutaj). (Oryginał polski dostępny tutaj). Jego libertariańska niezgoda na państwo była absolutnie przełomowa, choć Wolzogen wskazywał, że pierwotnie właśnie tak myślano. To wielka szkoda, że spośród jego pism na język polski przetłumaczono zaledwie nieliczne fragmenty. (Znających łacinę zachęcam do tłumaczenia).
Dziś zamiast moich własnych przemyśleń postanowiłem więc opublikować kilka genialnych myśli Wolzogena. (Wszystkie cytaty za: (red. i tł. Zbigniew Ogonowski, Filozofia i myśl społeczna XVII wieku, cz. I, PWN, Warszawa 1979).
"Kościół znajduje się wprawdzie wewnątrz królestwa; lecz nigdy (chyba) nie było prawdziwego Kościoła, jak tylko wewnątrz państwa niechrystiańskiego. Apostołowie, ewangeliści, prorocy, pasterze, doktorzy i starsi nie królowali w kościele ani nie królują przez sprawowanie władzy świeckiej, ale pomimo tego kierowali nim i nadal kierują."
"Przy pomocy mądrości przekazanej w Ewangelii mogą starsi w kościele należycie spełniać swój obowiązek, ponieważ tego rodzaju mądrość jawnie zawiera się w Ewangelii; królowie natomiast i sędziowie w królestwie nie mogą, ponieważ w Ewangelii nie ma zawartej żadnej wskazówki co do rządzenia państwem. Co zaś się tyczy rządzenia państwem, nie można było niczego podać dokładniej niż w Zakonie ustanowionym przez Boga za pośrednictwem Mojżesza. A odkąd Zakon został zniesiony, nie ma nic bardziej nieprzydatnego do politycznego i świeckiego rządzenia państwami, niż nauka Chrystusa".
"Nikomu nie wolno czynić przeciwnie, niż czynił Chrystus. Już zaś być małżonkiem, włodarzem, rzemieślnikiem, kupcem nie jest przeciwne temu, co czynił Chrystus, lecz tylko odmienne. Natomiast być królem, żołdakiem, i wrogów ścigać orężem oraz zabijać, jest w ogóle nie tylko odmienne, lecz nadto przeciwne uczynkom Chrystusa".
Wolzogen postulował nie tylko nieinicjowanie przymusu, ale i powstrzymanie się od wszelkiego przymusu, przez co znacznie podwyższył sobie moralną poprzeczkę. Ten element wykracza już poza libertarianizm, który przecież dopuszcza stosowanie przymusu w odwecie lub w obronie. Jednakże Wolzogen idzie jeszcze dalej:
"Że jednak owe środki zwyczajne i prawne, przez które by chrystianie unikali krzyża, nie są orężem, już zostało już wykazane. Mógł również Chrystus przez oręż, bądź ludzki, bądź boski, uniknąć krzyża, lecz nie chciał się nim posłużyć, by nas nauczyć, że nie jest on prawnym środkiem do uniknięcia krzyża. Na nas bowiem nie inaczej niż na Chrytsusa włożony jest obowiązek dźwigania krzyża na co dzień, a zatem nie inaczej niż on winniśmy się powstrzymać od broni"
- brzmi heroicznie i wypada postawić pytanie, czy Wolzogen rzeczywiście nigdy się nie bronił tak właśnie interpretując chrześcijaństwo. Bez względu jednak na to jego pacyfizm można ograniczyć do zasady nieinicjowania agresji - w moim przekonaniu jest to rozwiązanie bardziej zgodne z duchem Ewangelii.
Bardzo cieszy mnie, że ktoś zadał sobie trud przetłumaczenia mojego tekstu na temat Wolzogena na język francuski (dostępny tutaj). (Oryginał polski dostępny tutaj). Jego libertariańska niezgoda na państwo była absolutnie przełomowa, choć Wolzogen wskazywał, że pierwotnie właśnie tak myślano. To wielka szkoda, że spośród jego pism na język polski przetłumaczono zaledwie nieliczne fragmenty. (Znających łacinę zachęcam do tłumaczenia).
Dziś zamiast moich własnych przemyśleń postanowiłem więc opublikować kilka genialnych myśli Wolzogena. (Wszystkie cytaty za: (red. i tł. Zbigniew Ogonowski, Filozofia i myśl społeczna XVII wieku, cz. I, PWN, Warszawa 1979).
"Kościół znajduje się wprawdzie wewnątrz królestwa; lecz nigdy (chyba) nie było prawdziwego Kościoła, jak tylko wewnątrz państwa niechrystiańskiego. Apostołowie, ewangeliści, prorocy, pasterze, doktorzy i starsi nie królowali w kościele ani nie królują przez sprawowanie władzy świeckiej, ale pomimo tego kierowali nim i nadal kierują."
"Przy pomocy mądrości przekazanej w Ewangelii mogą starsi w kościele należycie spełniać swój obowiązek, ponieważ tego rodzaju mądrość jawnie zawiera się w Ewangelii; królowie natomiast i sędziowie w królestwie nie mogą, ponieważ w Ewangelii nie ma zawartej żadnej wskazówki co do rządzenia państwem. Co zaś się tyczy rządzenia państwem, nie można było niczego podać dokładniej niż w Zakonie ustanowionym przez Boga za pośrednictwem Mojżesza. A odkąd Zakon został zniesiony, nie ma nic bardziej nieprzydatnego do politycznego i świeckiego rządzenia państwami, niż nauka Chrystusa".
"Nikomu nie wolno czynić przeciwnie, niż czynił Chrystus. Już zaś być małżonkiem, włodarzem, rzemieślnikiem, kupcem nie jest przeciwne temu, co czynił Chrystus, lecz tylko odmienne. Natomiast być królem, żołdakiem, i wrogów ścigać orężem oraz zabijać, jest w ogóle nie tylko odmienne, lecz nadto przeciwne uczynkom Chrystusa".
Wolzogen postulował nie tylko nieinicjowanie przymusu, ale i powstrzymanie się od wszelkiego przymusu, przez co znacznie podwyższył sobie moralną poprzeczkę. Ten element wykracza już poza libertarianizm, który przecież dopuszcza stosowanie przymusu w odwecie lub w obronie. Jednakże Wolzogen idzie jeszcze dalej:
"Że jednak owe środki zwyczajne i prawne, przez które by chrystianie unikali krzyża, nie są orężem, już zostało już wykazane. Mógł również Chrystus przez oręż, bądź ludzki, bądź boski, uniknąć krzyża, lecz nie chciał się nim posłużyć, by nas nauczyć, że nie jest on prawnym środkiem do uniknięcia krzyża. Na nas bowiem nie inaczej niż na Chrytsusa włożony jest obowiązek dźwigania krzyża na co dzień, a zatem nie inaczej niż on winniśmy się powstrzymać od broni"
- brzmi heroicznie i wypada postawić pytanie, czy Wolzogen rzeczywiście nigdy się nie bronił tak właśnie interpretując chrześcijaństwo. Bez względu jednak na to jego pacyfizm można ograniczyć do zasady nieinicjowania agresji - w moim przekonaniu jest to rozwiązanie bardziej zgodne z duchem Ewangelii.
wtorek, 24 września 2013
Państwo i jego wyznawcy.
Od lat mówi się, że Europa staje się coraz bardziej ateistyczna, a w ślad za nią także i inne regiony świata. To nieprawda - wielkim bogiem naszych czasów jest państwo, w które wierzy ogromna liczba ludzi, pomimo deklarowanej przynależności do innych religii, np. chrześcijaństwa, islamu, czy też buddyzmu. Oto kilka punktów, które pozwalają lepiej zrozumieć mój pogląd.
zbawienie - według wyznawców państwa jego wielkim dziełem jest zbawienie człowieka... przed nim samym. Każdy zwolennik państwa przekonuje, że bez Lewiatana panowałyby właściwe ludzkiej naturze chaos, terror i anarchia. Ludzką "grzeszną" naturę może zbawić tylko państwo ustanawiając swój monopol inicjowania przemocy.
święci - każde państwo ma swoich świętych - swoich ojców założycieli i wielkich "mężów stanu". Np. w Polsce trwa wciąż walka o beatyfikację Piłsudskiego czy też Kaczyńskiego, lecz już dawno dokonano wyniesienia na ołtarze królów, np. Bolesława Chrobrego, Kazimierza Wielkiego itd.
modlitwa - głoszenie wielkości państwa jest obowiązkowym elementem wszelkiego rodzaju uroczystości, np. rocznic, meczów sportowych, czasami także obrzędów kościelnych. Każdy wierzący w państwo czuje się w obowiązku oddać hołd wielkiemu dziełu pobierania podatków i stosowania środków przymusu w obliczu niewiernych, tj. libertarian.
wiara w cuda - niewierzącym w potęgę i dobroć państwa każe się nieustannie wierzyć w cuda, które ono rzekomo dokonuje. Według przekazu religijnego państwo wspiera gospodarkę, pobudza inwestycje, zapewnia pokój i dobrobyt, pomaga biednym, rozdziela sprawiedliwość. Nikt nigdy nie widział tego na oczy, ale mimo to wiara w państwo jako sprawcę cudów nie ustaje.
świątynie - każde państwo ma swoje własne świątynie, w których celebruje się "mężów stanu" i ich wiekopomne czyny dokonane dla zbawienia ludzkości. We Francji, czy też Rumunii rolę tą pełnią panteony, w Polsce Wawel i inne nekropolie oraz siedziby władzy. Czasami funkcję tą spełnia np. siedziba parlamentu, którą każe się odwiedzać dzieciom ze szkół.
święte pisma - w świecie zachodu świętymi pismami państwa są pisma chorych na przerost wyobraźni filozofów, jak np. Rousseau, Kanta, Hegla, Hobbesa, czy też współczesnych gwiazd bełkotliwej filozofii, które zawierają ideologiczne usprawiedliwienie instytucji państwa. Za publiczne spalenie ich dzieł nie spotka Cię kara tak, jak w islamie, lecz głoszenie idei godzących w płynący z nich przekaz zaciąga na Ciebie karę milczenia i ostracyzmu.
religijni liderzy - przywódcy państw są bożyszczami tłumów, które błogosławią ich wypowiedziom. Wizyty prezydentów i premierów mają w sobie coś z peregrynacji świętych obrazów lub relikwii - ludzie okazują im szacunek w przekonaniu, że reprezentują ze sobą coś bardzo ważnego.
święta idea państwa - państwo ma status świętości, która zawsze pozostanie czysta. To źli ludzie i złe partie wykorzystują Lewiatana do swoich niecnych celów, ale państwo zawsze będzie krystalicznie dobre i zasługujące na nowy start, pomimo wielomilionowych ludobójstw, rzezi i katastrof przez nie wywołanych.
Dobro państwa dobrem najwyższym - dla dobra państwa ludzie są w stanie oddać życie na wojnie, zrzec się całego swojego dobytku oraz nieustannie godzą się na wzajemne wywłaszczanie wszystkich przez wszystkich. Przedkładają w ten sposób abstrakcyjne dobro państwa nad dobro drugiej osoby i dobro własne. To wymaga naprawdę wielkiego religijnego zapału.
A jeśli chodzi o mnie, to nie potrafię wyznawać dwu religii naraz i dlatego odrzucam wiarę w państwo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
