poniedziałek, 21 maja 2012

Mapa Polski pobożnych socjalistów i bezbożnych socjalistów


Od czasu zdominowania polskiej sceny politycznej przez PO-PiS w mediach usilnie forsowany jest obraz geograficznego podziału kraju na dwie strefy poparcia. „Młodzi, wykształceni, z wielkich miast” głosują rzekomo na PO, a wychowywana przez księży ludność wsi i miasteczek stanowi elektorat PiS. Niektórzy proponują nawet, aby podzielić kraj na strefę „dwóch prędkości”.
Poza oczywistym zignorowaniem poparcia dla pozostałych partii i środowisk, podział ten należy uznać za instrumentalny i pomijający wiele decydujących czynników. Najczęściej tłumaczy się go w najbardziej żenujący sposób - przez próbę uzasadnienia, że „postęp” cywilizacyjno-demokratyczny rozlewa się jak tłuszcz po patelni. Tygodnik „Polityka” przedstawił nawet niedawno zdumiewający wykres, pokazujący jak to zza zachodniej granicy, poprzez Szczecin, Poznań i Wrocław wlewa się stopniowo do Polski pobudzający nurt cywilizacyjny. Biegnie przez Trójmiasto, Łódź do Warszawy, dociera do Krakowa, ale dalej - stop. Tam natrafia na matecznik kołtuństwa i katolickiego wsteczniactwa. Prymitywizm tego schematu niech nam uświadomi chociażby fakt, że bezpośrednio za Odrą nie ma przecież żadnego Zachodu, lecz podtrzymywany przy życiu państwowymi dotacjami socjalistyczny eksperyment, którym jest byłe NRD. Poza tym, wcale nie jest tak, że im bardziej na zachód, tym bardziej „zachodnio”.
Bardzo błędny jest także podział na dwie Polski według klucza dawnych zaborów. Choć granica między regionami poparcia dla PiS i PO wykazuje pewne podobieństwo do granic między zaborami, nadal nie wyjaśnia to, dlaczego w dużych miastach większe poparcie ma PO. Czyżby rzeczywiście racja była po stronie płatnych propagandzistów „Wyborczej” i innych politycznie posłusznych mediów?
Zanim odpowiemy na to pytanie, zwróćmy uwagę na fakt, iż tereny, na których w ostatnich wyborach zwyciężyła PO, stanowią od lat także matecznik poparcia dla SLD. Partia ekskomunistów nie zbiera przecież swoich głosów wśród górali ani na Lubelszczyźnie, lecz w krainie byłych PGR-ów i w obszarach przyległych do wielkich socjalistycznych inwestycji. Oczywiście w promowanym dziś wszędzie podziale na dwie Polski ani słowem nie wspomina się, że tą „lepszą” i „bardziej rozwiniętą” tworzą w sporej mierze obszary wiejskie, które padły ofiarą kolektywizacji. Dla władzy ludowej największymi wrogami nie byli przecież drobni rolnicy z Rzeszowszczyzny, lecz zamożni gospodarze i panowie z Wielkopolski i Pomorza. To właśnie ich zapędzono w kierat, a należącą do nich ziemię wydano pod zarząd PGR-ów. Na ikonie Polski A pojawia się w ten sposób pierwsza rysa.
Zachód Polski tworzą przede wszystkim tzw. Ziemie Odzyskane, które są najczęściej uważane za krainę o świetnej infrastrukturze. I rzeczywiście, sieć kolejowa i drogowa są tam gęstsze niż w innych regionach kraju, miasta mają lepszej jakości transport publiczny, wodociągi, sieć elektryczną czy też zaplecze przemysłowe, pochodzące jeszcze z czasów, gdy zarządzali nimi Niemcy. Wszystkie te czynniki mają pewne znaczenie, lecz są zupełnie drugorzędne w obliczu tego, iż Ziemie Odzyskane stanowiły strefę całkowitej supremacji państwa.
Gdy w 1945 zakończyła się wojna, polscy komuniści mogli zrealizować wreszcie swój nikczemny plan wytworzenia homo sovieticus. Ich ofiarami stała się ludność Polska żyjąca na Kresach, która zdziesiątkowana przez planowe ludobójstwo oraz masowe zsyłki na Sybir, zmuszona była opuścić swoje domy i zamieszkać na nowych terytoriach. Zniszczeni psychicznie, będący świadkami potęgi państwa, ugięli się w większości pod jego presją. Jeśli przyjrzeć się terytorialnemu rozmieszczeniu polskiej wojny o niepodległość, toczonej tuż po drugiej wojnie światowej z radzieckim najeźdźcą, uderzy zapewne fakt, że na Ziemiach Odzyskanych (poza nielicznymi wyjątkami na Warmii i Śląsku) nie toczono niemal żadnych walk. Zbrojny opór wobec komunistów ograniczył się niemal całkowicie do terytoriów, które dziś uważane są za siedzisko katolickiego i radiomaryjnego kołtuństwa.
Przejęcie Ziem Zachodnich i Mazur przez PRL pociągnęło za sobą nie tylko jedną z największych w historii masowych migracji, ale i bezprecedensowy eksperyment władzy na ludziach. Przybywający wagonami na nowe ziemie byli całkowicie zdani na państwo. Poza spontanicznie zajmowanymi gospodarstwami i innymi pojedynczymi budynkami, cała infrastruktura i wszelkie zasoby należały tu niepodzielnie do Lewiatana. Jeżeli własność prywatna i idea wolnego rynku została gdzieś prawdziwie upokorzona, to z pewnością stało się tak na Ziemiach Odzyskanych. Do państwa należało tu wszystko: szkoły, pola, lasy, fabryki, sklepy i, co najważniejsze, nie trzeba było wkładać wysiłku w ich znacjonalizowanie. Jeżeli ktoś chciał na tych terenach pomyślnie funkcjonować, musiał upokorzyć się przed państwem albo zasilić jego szeregi.
Znajdując się w żelaznym uścisku państwa, mieszkańcy „Polski A” stali się wobec władzy najbardziej posłuszni. Stało się tak nie tylko za sprawą niewątpliwego gwałtu dokonanego przy współudziale Armii Czerwonej oraz UB, ale także dzięki ogromnemu awansowi społecznemu, który spotkał wielu kolonizatorów. Zamieszkujący przed wojną drewniane chałupy, które po dziś dzień stoją nawet w centrach wschodnich miast Polski, przesiedleńcy trafili do przestronnych i murowanych domów. Nowej władzy o wiele łatwiej było skłonić do współpracy osoby, które jeszcze niedawno klepały biedę gdzieś w maleńkiej wiosce niż tych, którzy przed wojną mieli swój własny interes, a teraz musieli zaprzestać swojej działalności lub nawet oddać dobytek całego życia nuworyszom.
Swego rodzaju „Ziemiami Odzyskanymi”, jeśli chodzi o zakres władzy państwa, były także wielkie miasta – sypialnie wielkich fabryk, hut i kombinatów oraz biurokratyczne fortece. Na mapie Polski nie brak jest miast, które do dziś niemal w całości żyją z wielkiego zakładu przemysłowego, powstałego jeszcze za PRL, a takich, które stanowią urzędnicze centra dla lokalnych wsi i mniejszych miasteczek jest bez liku. Postępujący po wojnie napływ ludności wiejskiej do miast spowodował, że zwiększyła się jednocześnie liczba ludzi bezpośrednio podległych władzy państwa. Mieszkańcy wsi porzucali swój skromny dobytek, przyjeżdżali do wielkich miast, a tam wszystko, co mieli, dostawali od państwa. Kilkadziesiąt lat premiowania nuworyszów oraz tresowania ludności wedle wymyślonego przez siebie schematu przyniosło wreszcie zamierzony skutek. Wykształciła się Polska A - Polska ludzi posłusznych państwu, świadomych, że tylko we współpracy z nim można osiągnąć w życiu sukces. Miliony rodzin, których państwo wyprowadziło z biedy Kresów, nakarmiło, dało wykształcenie oraz pozycję społeczną dobrze wie, komu okazać posłuszeństwo. Co prawda PO zaczynało jako partia, która w swoich deklaracjach była wolnorynkowa, ale wówczas miało zaledwie kilkanaście procent poparcia. Jej słupki sondażowe wzrosły dopiero wtedy, gdy nastąpiła polaryzacja sceny politycznej według klucza: nowoczesność – zacofanie. Ci, którzy dorobili się dzięki państwu zrozumieli wówczas, że nadszedł czas, aby spłacić dawne długi.
Najbardziej nurtujące jest jednak to, dlaczego Polska B jest tak zdecydowanie etatystyczna. Przecież skoro Lewiatan przez ostatnie sześćdziesiąt pięć lat faworyzował dorobkiewiczów i karierowiczów, dlaczegóż miałby się nagle stać narzędziem w walce o lepsze jutro? Wyjaśnieniem tej sytuacji jest fakt, iż niestety nawet walcząca o niepodległość aż do lat pięćdziesiątych Polska musiała ostatecznie uznać dominację nowego porządku. PRL nie był wcale „najweselszym barakiem w obozie”, lecz bezwzględną walką o ujarzmienie ludności. Poza tym, zakres wolności jaki mieszkańcy byłego zaboru rosyjskiego i austriackiego znali jeszcze sprzed wojny oraz z okresu rozbiorów, nie należał do najszerszych.
Ostatecznie więc stanowiąca zaplecze PiS Polska B pragnie standardów wolności takich, jakie zna sprzed wojny i do jakich dopuszczał wcześniej cesarz lub car. Niezorientowanym w temacie przypomnijmy, że tereny obecnej południowo-wschodniej Polski stanowiły od zawsze obszar masowej emigracji zarobkowej. Synonimem wolności dla elektoratu PiS są więc dziś rządy Piłsudskiego oraz jego etatystyczna polityka. Wolny rynek kojarzy im się z wymysłami ludzi nowego systemu. Nieprzypadkowo polska lewica nazywa siebie liberałami, mimo iż jest skrajnie socjalistyczna. W ten sposób sprawia, że Polska B buduje swój etos obrońców solidarności społecznej na zasadzie przeciwieństwa do „wolnorynkowego” salonu komunistów.
Wyrwanie Polski B z objęć skrajnych socjalistów spod znaku Piłsudskiego, którymi są politycy PiS, byłoby wydarzeniem epokowym. Ale czy doczekamy takich czasów?

PS. Wyjątki od reguły do Białorusini z Puszczy Białowieskiej, którzy od Polaków wolą Sowietów oraz Zagłębie Miedziowe, które od dawna mocno trzyma z PiS.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Swąd dolara unosi się nad światem - nieopublikowana polemika z Pawłem Łepkowskim


[W "Najwyższym Czasie! nr 15-16 (1142-1143) z 07-14-04-2012 ukazała się polemika Pawła Łepkowskiego pt. "Dolar nie jest śmieciem", w której autor odniósł się do mojego wcześniejszego tekstu "Kiedy dolar stanie się śmieciem (dostępnym tutaj). Wysłałem do Redakcji odpowiedź, która niestety nie zmieściła się na łamach, więc zamieszczam ją poniżej]

Najbardziej niefrasobliwa polemika to taka, w której autor ostatecznie przyznaje rację swojemu adwersarzowi. Pomimo butnego porównania mnie do dziennikarza będącego na usługach komunistycznych reżimów, Paweł Łepkowski w swym tekście pt. „Dolar nie jest śmieciem!” (NCz! Nr 15-16) faktycznie sam potwierdził tezy, które rzekomo zwalczał.
Według Łepkowskiego mój tekst („Kiedy dolar stanie się śmieciem?” NCz! Nr 12) był najbardziej antyamerykańskim tekstem, na jaki zdarzyło mu się natknąć. Tak radykalnych tekstów nie można ponoć uświadczyć nawet w Wenezueli ani na Kubie. Kto nie chwali amerykańskiego Lewiatana, ten na pewno jest komunistą albo lewakiem i z całego serca nienawidzi Amerykanom – tak zdaje się myśleć mój polemista.
Swojemu adwersarzowi chciałbym uświadomić, że mój tekst nie był antyamerykański. Przyzna to chyba każda osoba obdarzona dobrą wolą. Mało tego, jak mało kto jestem wielbicielem dorobku cywilizacyjnego kontynentu, który zrodził ideę libertarianizmu. W przeciwieństwie do p. Łepkowskiego dostrzegam jednak ogromną różnicę dzielącą społeczeństwo Ameryki od państwa noszącego nazwę USA. Innymi słowy, jestem ogromnym fanem wolnościowych tradycji obecnych wciąż w społeczeństwie gospodarce Ameryki, lecz jednocześnie uważam, że państwo żerujące na tym społeczeństwie stanowi największe zagrożenie dla ludzkości na świecie.
Tej subtelnej różnicy nie rozumie jednak mój polemista, dla którego jestem totalnym wrogiem wszystkiego, co amerykańskie. Na bazie tego nieporozumienia przydane zostały mi demoniczne cechy wroga amerykańskiej gospodarki oraz wszystkiego, co amerykańskie. Na Boga, na jakiej podstawie?!
Redaktor Łepkowski reprezentuje typowe dla wielu prawicowców utożsamienie państwa z narodem. W tej konstrukcji myślowej dolar wydaje się być kwintesencją amerykańskości, jej największym atutem właśnie dlatego, że jego produkcją zajmuje się amerykańskie państwo. Tymczasem jednak papierowy dolar został narzucony Amerykanom w drodze podstępu i bez ich woli. Świadczy o tym chociażby sama nazwa banku centralnego emitującego zielone banknoty, czyli Rezerwa Federalna. Amerykanie byli tak bardzo przeciwni idei banku centralnego, że gdyby przed 1913 rokiem któryś z polityków powiedział wprost, że chce założyć bank centralny, jego dni byłyby policzone. Słowo „rezerwa” miało wytworzyć wrażenie, że tak naprawdę bankierzy i rząd zakładają pewien mało znaczący urząd, pewnego rodzaju rezerwę. Gdy opinia publiczna dowiedziała się w końcu o prawdziwej roli Fed, na stawienie oporu było już za późno.
Paweł Łepkowski sugeruje w swym tekście, że jestem zwolennikiem tezy głoszącej, że gospodarkę najbardziej napędzają zbrojenia. Pomijając już fakt, że nigdzie takiej tezy nie wypowiedziałem, mój polemista zupełnie nie rozumie znaczenia, jakie miała konferencja w Bretton Woods i ustalony w niej porządek. W pewnym fragmencie swojego artykułu prezentuje nawet tezę jawnie przeczącą podstawowym faktom najnowszej historii twierdząc, że „ani przed, ani po utworzeniu Systemu Rezerwy Federalnej Stany Zjednoczone nie musiały nikomu narzucać rozliczeń międzynarodowych w ich walucie”. Przepraszam, ale wypadałoby zapoznać się przynajmniej z artykułem pt. „Bretton Woods” na Wikipedii.
Zbrojenia dokonywane przez państwa odbywają się zawsze kosztem społeczeństw, gdyż wymagają pobierania podatków. W związku z tym niejako z definicji przyczyniają się do regresu ekonomicznego ludności. Jednakże w przypadku państwa (nie mylić ze społeczeństwem, redaktorze Łepkowski), rzeczy mają się zupełnie inaczej. Państwo jest tym silniejsze, im potężniejszą ma armię. W związku z tym najpotężniejszy na świecie amerykański Lewiatan może przedłużać swoją hegemonię tylko i wyłącznie dzięki wydatkom na zbrojenie. Z kolei wydatki te są możliwe tylko i wyłącznie dzięki zapewnieniu zbytu dla dolara. Każdy bank centralny marzy o tym, by móc drukować swoje banknoty bez ograniczeń, lecz nie każdy chce je przyjmować. Fed ma o tyle ułatwione zadanie, że w razie kłopotów z akceptacją dolarów armia USA jest obecna w ponad 150 krajach świata.
Paweł Łepkowski w pewnym momencie stwierdza nieoczekiwanie, że „Stany Zjednoczone nie potrzebują utrzymywać swojej supremacji gospodarczej za pomocą bomb i czołgów. Ten kraj nadal byłby światową lokomotywą gospodarczą i największą gospodarką planety, nawet gdyby stan jego sił zbrojnych był zerowy”. No właśnie! O taki stan rzeczy walczy m.in. senator Ron Paul, dla którego potęga kraju, w którym żyje to zupełnie co innego niż potęga państwa, którego jarzmo przyszło mu znosić. Takiej Ameryki chciałbym kiedyś doczekać, lecz póki co zbyt wiele czasu marnotrawi właśnie na czołgi i bomby.
Skoro mój polemista dostrzega więc, że armia USA jest całkowicie zbyteczna dla zamożności Amerykanów, to czemu nie dziwią go fakty, które sam przytacza: „Na blisko 1,5 biliona dolarów wydawanych rocznie na całym świecie na zbrojenia połowa przypada na USA”; „W ciągu ostatnich 13 lat wydatki na zbrojenia wzrosły w USA o 114%”. Skoro Amerykanie byliby zamożni nawet bez armii swojego Lewiatana, to po cóż ich Lewiatan pompuje tak wiele pieniędzy w zbrojenia? Sentyment do munduru? A może ekstrawagancja bogaczy?
Odpowiedź jest prosta: do ujarzmienia tak potężnego kraju jakim jest Ameryka państwo Stany Zjednoczone potrzebuje ogromnej siły. Ponadto, w wyniku II wojny światowej oraz ładu ustalonego w Bretton Woods amerykański Lewiatan dokonał niebywałej ekspansji na cały świat. W ten sposób amerykańskie państwo uzależniło się od ciągłych podbojów i wymuszania obiegu dolara na całym świecie.
Nie każdy chce jednak pełnić rolę pionka na szachownicy Waszyngtonu. Co jakiś czas któryś z krajów świata próbuje zerwać zależność od dolara. P. Łepkowski przypisuje mi twierdzenie, że gdyby Wietnam, Korea, Kambodża lub Grenada przestały przyjmować dolary, załamaniu uległaby amerykańska gospodarka. Nie, to nie amerykańska gospodarka uległaby wstrząsowi, lecz amerykański Lewiatan. Amerykańscy politycy właśnie dlatego zabiegają o zapewnienie dolarowi chodliwości, gdyż najbardziej w świecie obawiają się efektu domina. Gdy jakiś kraj stworzy wyłom, w jego ślad pójdą kolejne, a Wujek Sam zamiast kontrolować całą kulę ziemską będzie musiał ograniczyć się do swojego kontynentu. Rozpaczliwa walka o zachowanie imperium dolara nie jest walką o przyszłość kapitalizmu, lecz o o przyszłość amerykańskiej klasy politycznej gnębiącej cały świat.
Redaktor Łepkowski, o czym już wspominałem, przyrównał mnie w swym tekście do dziennikarza socjalistycznego reżimu. W rzeczywistości jednak tekst apologetyczny wobec Imperium Dollarum wyszedł właśnie spod jego pióra. Niczym dziennikarz z National Review, w agresywny sposób broni amerykańskiej polityki interwencyjnej na całym globie. Kto nie zgadza się z supremacją Wujka Sama, ten na pewno jest komunistą albo socjalistycznym szpiegiem. Prawda z definicji leży po stronie amerykańskiego oręża – tak brzmi credo amerykańskich konserwatystów. To smutne, ale to właśnie ludzie o podobnym stylu myślenia, co p. Łepkowski przyczynili się, i wciąż przyczyniają, do upadku wolności na Nowym Kontynencie. I to właśnie do nich najlepiej pasuje określenie: „reżimowy dziennikarz”, gdyż największym reżimem na świecie są Stany Zjednoczone.
Najbardziej zastanawia jednak niezachwiana wiara, jaką p. Łepkowski pokłada w amerykańskiej walucie. Nawet licealiści interesujący się ekonomią wiedzą doskonale, że przez ostatnie 40 lat siła nabywcza dolara zmniejszyła się aż 5-krotnie. Słynny inwestor Jim Rogers od lat głosi wszem i wobec, że „dolar to w dłuższej perspektywie totalna katastrofa”. A o szefie Fed wypowiada się następująco: „Dr Bernanke nie zna się na ekonomii, nie zna się na finansach; on zna się jedynie na drukowaniu pieniędzy”.
Jeśli jednak p. Łepkowski mimo to nadal wierzy w „zielonego”, nie zamierzam mu w tym przeszkadzać. Skoro to tak potężna waluta, niech spienięży cały swój dobytek w dolarach i pozostanie przy nich aż do samego, mizernego końca. Za wojnę w Iranie Wujek Sam swoim żołnierzom jeszcze zapłaci, ale ciekawe ile dolar będzie wart przy następnym konflikcie? Albo inaczej: czy będzie jeszcze w ogóle coś wart?

niedziela, 1 kwietnia 2012

Bezkarnym onanistom mówimy dość! - czyli konserwatyzm.pl i wizja nowej policji obyczajowej

W USA trwa kampania wyborcza. Jednym z kandydatów jest już tradycyjnie Ron Paul, który niestety nie ma szans na pokonanie prawicowców - wielu libertarian pyta: po co znów tracić czas na GOP i robić jej dobry PR? Czy ma to jeszcze sens?
To temat na inną dyskusję, ale warto prześledzić, co o Ronie Paulu piszą polscy pobożni socjaliści. Najczęściej piszą to samo, co "National Review" - że jest ekscentryczny, że marzycielski oraz że chęć wycofania wojsk USA z całego świata to objaw jakiegoś lewackiego pomylenia. Tak pisze "Gazeta Polska", tak pisze "Nasz Dziennik" i mało znany szerszej publiczności portal zamordystów konserwatyzm.pl.
Niejaki Mirosław Salwowski (nie znam go dokładnie, ale po lekturze jego tekstów nie żałuję) poświęcił nawet niedawno czas na wykazanie, że "prawdziwy katolik" na Rona Paula nie powinien w ogóle głosować. Pozornie, uważa publicysta konserwatyzm.pl, Paul może się wydawać postacią głoszącą poglądy spójne z prawicą, ale to nieprawda. Paul odebrał wprawdzie tysiące dzieci jako położnik i sprzeciwia się homoseksualistom, ale nie chce, aby państwo definiowało w konstytucji czym jest małżeństwo (straszne, straszne) oraz sprzeciwia się regulacjom aborcyjnym rządu federalnego (a co ma do tego Waszyngton?).
Rzeczywiście, Paul jest strasznym odszczepieńcem, nie jest prawicowym zamordystą i nie opowiada się za uczynieniem katolicyzmu religią państwową oraz nie chce wszystkiego regulować prawem.
Niepokojąco robi się jednak dopiero wówczas, gdy Salwowski zabiera się do całościowego ukazania, dlaczego libertarianizm jest heretycki i powinien jak najszybciej spłonąć na prawicowym stosie. Jego wynurzenia pochłonęły aż trzy osobne artykuły, w których krok po kroku rzekomo pokazuje, że prawdziwy prawicowy katolik powinien wyrzec się libertarianizmu tak samo jak Szatana.
W pewnym momencie totalniak z konserwatyzm.pl prezentuje taką oto wypowiedź:
" Z pewnością w naszym kręgu kulturowym prawodawstwo chyba już wszystkich krajów zniosło karalność wielu niemoralnych czynów, których istota nie polega na naruszaniu wolności innych dorosłych osób. Tak też od dziesięcioleci legalne są: homoseksualizm, nierząd, cudzołóstwo, prostytucja, pornografia, onanizm, orgie seksualne."
A więc tak! Onanizm i orgie seksualne trzeba zwalczać prawnie!! 
Policja powinna utworzyć specjalne komórki ds. zwalczania onanizmu i surowo karać obywateli. Skrytym onanistom mówi stanowcze nie!

wtorek, 28 lutego 2012

Fronda doi podatnika

Luty to tradycyjnie miesiąc ogłoszenia wyników państwowych dotacji dla czasopism i dotacji. W zeszłym roku zarządzający całym przedsięwzięciem Instytut Literacki w Krakowie obciął prawicowym pismom dotację, na co prawicowi celebryci odpowiedzieli listem otwartym w obronie wolności słowa (a jakże!). Igor Janke zaprotestował u ministra Zdrojewskiego i ostatecznie podatkowe ochłapy trafiły nie tylko w ręce "Tygodnika Powszechnego", "Więzi", "Znaku", "Lampy", "Midraszu" i tym podobnych pism, ale także do pobożnych socjalistów.
W tym roku kilka milionów złotych trafiło przede wszystkim do rozmaitych lewicowych pism w stylu "Krytyka Polityczna", ale sporo obłowiła się także "Fronda" Tomasza Terlikowskiego. Oto lista projektów, na które pobożni socjaliści z "Frondy" wzięli w 2012 kasę podatnika:

  • "Spór o Rymkiewicza", red. Grzegorz Górny - 40 000.00zł;
  • K. Chesterton, "Obrona wiary" (wybór eseistyki) - 40 000.00zł;
  • Maciej Iłowiecki "Pilnowanie strażników" 40 000.00zł;
  • "Inna twarz Brzozowskiego", red. Maciej Urbanowski (wybór publicystyki) - 20 000.00zł;
  • "Rozmowy z kompozytorami" (tytuł roboczy), red. Joanna Lichocka;
  • Marek i Wojciech Wareccy, "Pożeracze mózgów";
  • Wyd. w latach 2012-2014, 12 n-rów kwart. FRONDA w formie papierowej i elektroniczne.
  Teraz już wiemy, czego w 2012 roku nie kupować...

Swoją drogą, "Fronda" wydoiła z państwowej kasy niewiele mniej niż "Krytyka polityczna". "KP" wydaje dzieła Brzozowskiego, a "Fronda" książkę o innej twarzy Brzozowskiego. Za cały ten pseudo-spór zapłacimy wszyscy kilkadziesiąt tysięcy złotych.Oprócz "Frondy" kasę dostało też "Christianitas", Fundacja Republikańska, "Czterdziesty i cztery" oraz Fundacja Świętego Mikołaja.
Jedno jest pewne - w najbliższych miesiącach czeka nas prawdziwy zalew literatury spod znaku pobożnego socjalizmu.


poniedziałek, 6 lutego 2012

A priori sprawiedliwości. Libertariańska teoria prawa.

Dziś odpuścimy trochę pobożnym socjalistom i poświęcimy wpis reklamie.
Parę dni temu ukazał się mój e-book pt. "A priori sprawiedliwości. Libertariańska teoria prawa."
Najtaniej można ją kupić tu: 
Ze wszech miar polecam Wam ją jako efekt mojej wielomiesięcznej pracy i przemyśleń. Szczerze mówiąc, książki tego rodzaju nie było dotychczas ani po polsku ani po angielsku. Wiele osób pisało o prawie fragmentarycznie, ale nikt nie zebrał tego "do kupy" tak jak ja. Nawet Hoppe i Rothbard (ten drugi napisał "Etykę wolności" jeszcze przed przybyciem Hoppego i brak w niej teorii argumentacji).
Jeżeli się z nią nie zgadzacie - piszcie do mnie: jwozinski@gmail.com.
Bardzo jestem ciekaw Waszej opinii o niej.