Dziś będzie trochę filozoficznie.
Zacznę od tego, że do dzisiejszego wpisu skłoniło mnie powszechne w społeczeństwie darzenie słowa "nauka" zbyt wielką czcią, całkowicie jej nienależną. Istnieją w języku takie sformułowania, jak "ludzie nauki" albo "wybitny naukowiec", które stosowane są ilekroć chcemy komuś udzielić prestiżu związanego z działalnością intelektualną. Tymczasem sformułowania "ludzie filozofii" albo "wybitni filozofowie" nie cieszą się już równym prestiżem. Żyjemy wszak w epoce, w której zwyciężyła oświeceniowa propaganda, zgodnie z którą najlepszą i najpewniejszą wiedzą jest wiedza naukowa, a nie filozoficzna. Współcześni filozofowie są najczęściej cenieni przez pozostałych intelektualistów jedynie o tyle, o ile są "filozofami nauki", czyli pozytywistami, którzy przyjęli rolę służebną wobec nauk przyrodniczych i z rozmaitych osiągnięć fizyki, biologii, astronomii i chemii posłusznie klecą teoryjki na temat "filozoficznej analizy wielkiego wybuchu", "ewolucji gatunków" itd. itp.
Zanim wyjaśnię dlaczego nie darzę filozofii pozytywistycznej oraz współczesnej zbyt wielkim szacunkiem, odniosę jeszcze tylko całe zagadnienie do kwestii zakłamania języka w społeczeństwie rządzonym przez państwo. Od kiedy bowiem kradzież państwa przestaje być nazywana kradzieżą, a nazywa się ją niesieniem pomocy społecznej, dbaniem o dobro wspólne, czy też troską o rację stanu, semantycznemu przeobrażeniu ulega cały język. Państwo wyzyskuje wszystkich, lecz każe swoje czynności nazywać służbą (służbą zdrowia, publiczną itd. itp.), państwo tworzy bezrobocie, lecz jednocześnie mówi, że zapewnia ludziom pracę, państwo twierdzi, że zapewnia ludziom ochronę, a jednocześnie zakazuje posiadać broni - zawsze jest dokładnie odwrotnie niż mówi Lewiatan, który jest oparty na wielkim kłamstwie.
To "przesunięcie semantyczne" wpływa oczywiście także na samą filozofię, która obecnie jest w ogromnej mierze sponsorowana przez państwo. Filozofia została przez państwo zneutralizowana, a na jej miejsce wstawiono naukę (czyli nauki przyrodnicze). Dlaczego? Ano dlatego, że nauki przyrodnicze nie są w stanie zakwestionować sensu istnienia państwa - one tylko mierzą, liczą, obserwują i stawiają hipotezy. Filozofia obejmuje także etykę, a tą "nauka" uznała za persona non grata i w sporej mierze usunęła ze świata "intelektualnych wyżyn".
Wydaje się, że współczesny człowiek bardzo łatwo zaakceptował prymat nauki. Znam wiele osób, które uważają, że właśnie prowadzą najbardziej zaawansowaną filozoficzną debatę, tak naprawdę rozprawiając o tym, jak to było z wielkim wybuchem. Jeszcze więcej znam zaś osób, które przy pomocy nauki odrzucają wiarę w Boga, co jest już dość specyficznym intelektualnie zabiegiem - tak jakby nauki przyrodnicze mogły kiedykolwiek coś w kwestii istnienia Absolutu powiedzieć.
Czym zatem jest filozofia? Proszę nie zrozumieć moich rozważań jako zbyt butnych, ponieważ sam z pokorą uznaję to, iż uprawianie filozofii nie zawsze wychodzi mi w sposób poprawny oraz nie unikam błędów w tej dziedzinie. Wydaje mi się jednak, że filozofię uprawiało poprawnie stosunkowo niewiele osób w historii - zdecydowanie mniej, niż się powszechnie uważa.
Platon był ciekawym literatem, lecz tak naprawdę jako pierwszy w sposób systematyczny filozofię uprawiał Arystoteles. To właśnie on jako pierwszy w sposób spójny i rzeczowy przedstawił podstawową prawidłowość filozofowania, czyli to, co Murray Rothbard ujął mniej więcej tymi słowy: aby dana teza miała sens, należy wykazać, że jej zaprzeczenie pociągałoby za sobą absurd. Filozofia zaczęła się od Zachęty do filozofii, Metafizyki, Analityk wtórych i innych prac Arystotelesa. Od tego czasu praktycznie do dziś filozofują według mnie wyłącznie ci, którzy przyswoili sobie jego postulaty i - świadomie lub mniej świadomie - kontynuują tradycję poszukiwania pierwszych, niedowodliwych przesłanek oraz wniosków, które jesteśmy z nich w stanie wyprowadzić. Do tej tradycji zaliczał się tradycyjny tomizm, tomizm współczesny oraz... libertarianizm w wydaniu Hoppego i Rothbarda. Nie miejsce tu na pełne wyjaśnienie jak do tego doszło - próbę ukazania tej zaskakującej kontynuacji tradycyjnej filozofii przedstawiłem w swoich książkach "A priori sprawiedliwości. Libertariańska teoria prawa" oraz "Antropologia libertarianizmu".
Czym w praktyce różni się filozofia od nie-filozofii? Otóż nie-filozof wymyśla wpierw ciekawą, pięknie brzmiącą i równie fascynującą hipotezę, np. że mogłoby istnieć coś takiego jak "zasłona niewiedzy" albo "fałszywa świadomość", a następnie wokół niej tworzy skomplikowaną narrację (nieraz wielotomową), która tworzy otoczkę wielkich i doniosłych przemyśleń.
Z kolei filozof, zanim w ogóle wypowie jakąś tezę, sprawdza wpierw, czy jej zaprzeczenie pociągałoby za sobą absurd. Naukowiec nigdy tak nie pracuje: on stawia tezy na podstawie tego, co ktoś wcześniej zmierzył, przeliczył, zaobserwował, zbadał. Nie osiągnie nigdy stopnia precyzji i siły dowodu filozofa, lecz zawsze tylko pewne uprawdopodobnienie.
Tak przedstawiona filozofia musi się wydawać bardzo nudna. Nie posługuje się przecież żadnymi pięknymi literacko teoriami, nie posiłkuje się zaskakującymi i niecodziennymi metaforami, lecz jest bardzo przyziemna ("człowiek posiada sam siebie" "szukając przyczyn nie można iść w nieskończoność" - to nie brzmi szałowo, czyż nie?). Co więcej, filozofia nie będzie nigdy szczególnie zainteresowana wynikami najnowszych badań fizyków ani biologów, lecz będzie zawsze powtarzała te same, wydawałoby się puste twierdzenia. W filozofii nie można odcisnąć swojego indywidualnego piętna, bo jako taka jest bezosobowa. Nie zmieścimy w nich wzniosłych metafor i epitetów - zawsze będą tylko "suche zwroty". Może dlatego jest dziś tak niepopularna?
Aby jednak zachować pewien balans, chciałbym wyraźnie podkreślić, że Murray Rothbard nie był wybitnym filozofem. Najwięcej uwagi poświęcał ekonomii, która nie jest nauką przyrodniczą, lecz nauką humanistyczną, ale jednak nauką. Naukom humanistycznym bliżej do filozofii niż naukom przyrodniczym, niemniej jednak ekonomia w sporej mierze bazuje nie na filozoficznych prawdach koniecznych, lecz na pewnych typowo empirycznych tezach. Wielką zasługą Rothbarda było jednak to, że był jak na ekonomistę "nieprzyzwoicie" świadomy filozoficznie i zadał sobie trud, aby poczytać co nieco na temat św. Tomasza z Akwinu i Arystotelesa, dzięki czemu dostrzegł na czym polega filozofia i umieścił swoje rozważania na temat prawa własności w najlepszym z możliwych teoretycznie kontekstów.. Wiele osób często zarzuca Rothbardowi to, że w "Etyce" nie rozwinął pojęć "natury", czy też "prawa naturalnego". Ja nie mam mu tego za złe: wg mnie przemawiała przez niego pokora wobec liczącej ponad 2 tys. lat tradycji. Każdy, kto ma wątpliwości na temat pojęć natury, czy też prawa naturalnego, powinien zaopatrzyć się w dzieła Tomasza i Arystototelesa. Rothbard zaglądał do ich dzieł - a ile osób zadaje sobie dzisiaj ten trud?
Na koniec uzupełnię swoje rozważania jeszcze jedną uwagą: nie jestem wrogiem nauki jako takiej. Wręcz przeciwnie, uważam, że jej rozwój jest imponujący. Niemniej jednak, jej rola jest stuprocentowo służebna. Zadaniem nauki jest dostarczenie technicznej wiedzy dotyczącej rozmaitych wycinków rzeczywistości. Na tej zasadzie ekonomia pomaga nam zrozumieć procesy społeczne związane z wymianami, a biologia przebieg rozmaitych procesów w przyrodzie ożywionej. Ponad nimi wszystkimi jest jednak filozofia, która jednak powinna być uprawiana niezależnie wobec jakiejkolwiek nauki, gdyż ma swoją własną metodą oraz inny przedmiot badawczy. Dla libertarian dobra wiadomość jest taka, że etyka społeczna zalicza się właśnie do samej elity, czyli filozofii, a nie nauki.
Dawniej pobozny-socjalizm.blogspot.com. Prywatne opinie, polemiki, komentarze
niedziela, 11 października 2015
wtorek, 8 września 2015
Kukułcze jajo USA
Uchodźcy z Bliskiego Wschodu
przedostają się do Europy Zachodniej dokładnie tymi kanałami, którymi życzą
sobie Stany Zjednoczone.
Nie ma chyba obecnie Polaka
korzystającego z mediów społecznościowych, który w ten, czy inny sposób nie
odwołałby się do kwestii napływających z Bliskiego Wschodu osób, szukających w
Europie azylu. O uchodźcach mówią wszyscy i wszędzie, gdyż po raz pierwszy we
współczesnej historii Polski problem ludności islamskiej zalewającej od kilku
dekad Stary Kontynent dotknął bezpośrednio także Polski, mającej wedle unijnych
dyrektyw przyjąć nawet 10 tysięcy uchodźców.
Polacy, zgodnie z tradycją, podzieli
się na dwa obozy: pro- i antyimigrancki. I choć racja wydaje się być po stronie
osób występujących przeciwko przyjmowaniu obcych kulturowo uchodźców, wydaje
się, że w całym sporze górę biorą ostatecznie amerykańskie władze, które
starannie zaplanowały całą sytuację i ogromnie cieszą się z tego, że Europa
destabilizuje się ideowo i politycznie.
Przede wszystkim, mało kto zadaje
sobie pytanie, dlaczego uchodźcy napływają właśnie przez terytorium Węgier, a
wcześniej Serbii i Macedonii. Osoby organizujące przerzut nie czynią tego bez
namysłu. Skoro celem są Niemcy, Francja, czy Włochy, dlaczego trasa „migracji”
biegnie przez właśnie przez Węgry? Do Niemiec można się przecież dostać co
najmniej kilkoma alternatywnymi trasami.
Bardzo często zapomina się, że
nielegalny przerzut ludności do krajów bogatego Zachodu to dobrze zorganizowany
interes, którym nie zajmują się przypadkowi ludzie. W tym konkretnym przypadku
przerzut został z całą pewnością zlecony przez Państwo Islamskie (ISIS), które
pragnie w ten sposób dokonać „eksportu” swojej mahometańskiej rewolucji
politycznej do krajów Europy Zachodniej.
Jest bardziej niż zastanawiającą
kwestią to, że uchodźcy uciekający przed ISIS-em nie zbiegają np. na Półwysep
Arabski. To prawda, że od krajów Półwyspu Arabskiego dzieli ich właśnie ISIS,
lecz przecież istnieją szlaki pozwalające na okrążenie tych terytoriów. A jeśli
nawet przyjmiemy tłumaczenie, że sunnici z Syrii i Libanu nie chcą uciekać do
szyitów Arabii Saudyjskiej, pozostaje wciaż jeszcze kilkadziesiąt innych państw
na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej, w których spotkać można wielomilionowe
populacje sunnitów. Kwestią oczywistą jest to, że w krajach tych nie można
liczyć nawet na ułamek pomocy socjalnej, jaka czeka w Europie, lecz Europa jest
odległa, a przerzut trwa dość długo. Prawdziwi uchodźcy myślą przede wszystkim
o ocaleniu życia, a dopiero później o docelowym miejscu spędzenia reszty życia.
ISIS bardzo zależy więc, aby uciekinierzy zalewali Europę i ją destabilizowali.
Obecnie dominuje przekonanie, że Państwo
Islamskie powstało w wyniku wielu fatalnych błędów, jakich Amerykanie dopuścili
się na Bliskim Wschodzie, wszczynając wojny, ingerując w politykę wewnętrzną
tamtejszych krajów oraz próbując zaszczepić demokrację na islamistycznym
gruncie. Jest w tym wszystkim nieco prawdy, lecz o wiele bardziej prawdopodobna
wydaje się hipoteza, że ISIS jest tworem samych Amerykanów, którzy przy jego
pomocy starają się osiągać różnego rodzaju cele polityczne.
Pierwowzorem ISIS-u była Al-Kaida,
której głównym sponsorem była przez lata Arabia Saudyjska i amerykańskie służby
specjalne. Stany Zjednoczone to najpotężniejsze w historii imperium, które
politykę podbojów gospodarczych realizuje przy pomocy „spontanicznych” ruchów
społecznych i terrorystycznych, które jednak co jakiś czas się zużywają.
Dlatego właśnie na początku 2014 roku pojawiło się wcześniej nikomu nie znane
Państwo Islamskie, które pomogło odłożyć do lamusa zużytą Al-Kaidę, która wcześniej
posłużyła jako pretekst do inwazji na Afganistan oraz globalnej „wojny z
terroryzmem”.
W 2011 roku w Syrii wybuchła inspirowana przez
USA wojna domowa, którą w mediach próbowano przedstawiać jako wyraz buntu
przeciwko krwawym rządom Hafiza al-Asada. W rzeczywistości jednak konflikt ten
był karą dla dyktatora, który nie chciał dopuścić do zaistnienia kluczowego z
punktu widzenia USA interesu w postaci gazociągu, który miałby przebiegać od
Turcji (połączonej systemem gazociągów z Europą Zachodnią) przez terytorium
Syrii, Jordanii aż do Morza Czerwonego. Na pograniczu Syrii, Izraela i Jordanii
odkryto w 2009 roku bardzo bogate złoża gazu, którego wydobyciem nie mogły się
przecież zgodnie z amerykańską racją stanu zająć miejscowe kraje.
Za al-Asadem ujęła się Rosja, która straciłaby
wówczas sporą część rynku w Europie. Co ciekawe, bojownicy Państwa Islamskiego
zdążyli już nawet publicznie ostrzec państwo rządzone przez Putina, że on także
jest ich wrogiem. ISIS nie jest więc żadnym spontanicznie powstałym organizmem,
lecz sterowanym z Waszyngtonu i przez Waszyngton finansowany projektem mającym
na celu umożliwienie realizacji rozmaitych celów.
Po zakończeniu II wojny światowej
podobną rolę spełniał Związek Radziecki, który przecież nie tylko powstał przy
pomocy amerykańskich pieniędzy (finansowaniem rewolucji zajmował się m.in. bank
Kuhn&Loeb oraz liczne niemieckie banki), lecz później w został reanimowany
w 1941 roku przy pomocy mamucich dostaw broni i surowców dokonywanych przez
Alaskę i Syberię. Do 1991 roku Sowieci stanowili dla amerykańskiego imperium
najbardziej bagatelny pretekst do tego, aby co roku kolonizować ekonomicznie i
militarnie kolejne państwa na świecie. W niektórych krajach faktycznie istniały
ogniska zapalne komunizmu, lecz w wielu z nich zostały bardzo zręcznie
podsycone i podrasowane przez CIA. Cały Zachód kibicował USA, które walczyło z
„imperium zła”.
Po upadku ZSRR nowym i naczelnym
wrogiem Stanów Zjednoczonych stał się bogaty w ropę świat islamski, w którym
służby specjalne Wujka Sama wprowadziły w życie dobrze przećwiczoną strategię w
postaci finansowania skrajnych grup, podsycania atmosfery zagrożenia, przy
pomocy zamachów terrorystycznych lub innych aktów przemocy oraz tworzenia w
mediach atmosfery powszechnego przeświadczenia, że tylko amerykańskie wojsko i
państwo jest w stanie ochronić „nas” przed czającym się wszędzie zagrożeniem.
ISIS doskonale spełnia swoje zadanie, a medialność dokonywanych przez niego
egzekucji skłania ku opinii, że to dobrze przeszkoleni fachowcy.
Rzecz jasna, ISIS zachowuje pewną
niezależność, a być może nawet do pewnego stopnia wymknął się spod kontroli
Waszyngtonu i CIA dokładnie tak, jak bolszewicy wymknęli się spod kontroli po
rewolucji październikowej. Ostatecznie jednak siła militarna tego państwa jest
niczym wobec potęgi USA, a jego sfera wpływów rozciąga się z dala od terytorium
zamieszkałego przez Amerykanów.
Bliski Wschód jest za to blisko
Europy, co jednak jest dla USA nawet korzystne, gdyż ich własna potęga oparta
jest na imperium walutowym dolara. Wspólna waluta europejska stanowi wciąż
największe zagrożenie dla waluty amerykańskiej, dlatego z punktu widzenia
amerykańskiego państwa zawirowania wewnętrzne w Europie – mateczniku dawnych
imperiów – są do pewnego stopnia korzystne.
Zasadniczo jednak Stany Zjednoczone
ogromnie zyskują na obecnej sytuacji przede wszystkim na polu psychologicznym i
ideowym. Obawiający się fali imigrantów i terrorystów Europejczycy ze zgrozą
obserwują bierność i głupotę miejscowych rządów, które udają, że napływający na
Stary Kontynent dżihadyści są pokojowo nastawieni do świata. W odróżnieniu od
europejskich państw, amerykański Lewiatan wydaje się być ogromną potęgą, która
na Bliskim Wschodzie dokonywała już dziesiątek skutecznych interwencji
militarnych i która jako jedyna będzie w stanie powstrzymać mahometańską
nawałę. Stany Zjednoczone chcą, by cała kultura Zachodu widziały w nich obrońcę
cywilizacji.
Na taki właśnie efekt psychologiczny
liczy amerykańskie państwo – czy chcemy czy nie jesteśmy obecnie tylko pionkiem
na jego szachownicy.
Jakub
Wozinski
czwartek, 20 sierpnia 2015
Antropologia libertarianizmu - czyli moja nowa książka
Kilka dni temu ukazała się mój ebook pt. "Antropologia libertarianizmu" (można go nabyć tutaj).
Książka ta to moja praca doktorska, którą obroniłem w lutym tego roku na KUL-u. Pisanie pracy naukowej na uniwersytecie posiada swoje wady i zalety. Wadą jest konieczność zachowania pewnego stylu i formatu pracy, lecz zaletą konieczność konfrontowania swoich własnych przemyśleń z promotorem pracy, posiadającym o wiele większe doświadczenie i wiedzę. Swoje dotychczasowe książki pisałem na własną rękę, lecz w tym wypadku byłem w pewnym sensie za rękę prowadzony.
O tym, dlaczego praca powstała na KUL-u, a nie gdzie indziej, pisałem już na tym blogu oraz wyjaśniam to we wstępie do nowej książki. Tu chciałbym tylko dopowiedzieć, że napisanie pracy było motywowane przede wszystkim następującymi czynnikami:
- chciałem pokazać, że libertarianie (a ściślej: rothbardianie) nie są wcale filozoficznymi ekscentrykami i nowinkarzami, lecz antropologiczny fundament ich propozycji jest bardzo "tradycjonalistyczny", spójny i dobrze opisany;
- chciałem pokazać, że libertarianizm (rothbardianizm) to pełnoprawna filozoficznie idea i tą pracą zaznaczyć obecność Rothbarda w polskim świecie akademickim (a ściślej: wśród filozofów) - to przecież jeden z kluczowych myślicieli w historii!;
- chciałem wskazać miejsce ekonomii w szeregu - moim zdaniem to ciekawa i pasjonująca nauka, lecz posiada o wiele mniejszy ciężar gatunkowy niż etyka;
- i wreszcie chciałem powiązać pojęcia z zakresu teorii libertariańskiej z najważniejszymi pojęciami filozoficznymi. Zamierzałem pokazać, jak libertarianizm realizuje dobro wspólne, dlaczego nie jest apoteozą egoizmu, dlaczego nie jest ani idealizmem ani materializmem itd. itp.
Podsumowując: książką tą chciałem uzupełnić rozważania niektórych libertarian, którzy czasami piszą tak, jakby poza ich teorią nie istniała żadna, licząca kilka tysięcy lat tradycja filozoficzna. Libertarianizm jest według mnie bardziej klasyczny od najbardziej klasycznej filozofii w tym sensie, że zachowuje konsekwencję w rozumowaniu tam, gdzie inni czynią całkowicie niezrozumiały wyłom teoretyczny dla państwa.
Brzmi to wszystko bardzo poważnie, ale w rzeczywistości praca jest napisana językiem przystępnym i zrozumiałym. Jestem zwolennikiem opinii, że nawet najtrudniejsze zagadnienia filozoficzne można (i powinno się) przedstawiać prostym i zrozumiałym językiem.
Zapraszam do lektury!
czwartek, 4 czerwca 2015
Legenda prawicy namiętnym drukarzem pieniędzy
5 czerwca mija 11 rocznica śmierci Ronalda Reagana.
Nie muszę chyba nikomu opowiadać, jak wielką estymą cieszy się do dziś wśród wielu prawicowców ów 40. prezydent USA. Wedle panującego dziś mitu Reagan miał obalić komunizm, deregulować, obniżać podatki i być niemalże najbardziej wolnorynkowym politykiem XX wieku.
2 lata temu napisałem do Najwyższego Czasu tekst odbrązowiający Reagana (czytaj tutaj), lecz nigdy dosyć uświadamiania i pokazywania prawdziwej natury tegoż polityka.
Otóż mało kto z prawicowych wielbicieli Pana Reagana zdaje sobie sprawę z tego, że przez większość czasu, gdy rezydował w Białym Domu naciskał na szefa FED, Paula Volckera, aby jeszcze bardziej obniżał stopy procentowe. Parafrazując: REAGAN NACISKAŁ NA BANKSTERA, REZYDENTA WALL STREET NA STANOWISKA SZEFA BANKU CENTRALNEGO, ABY TEN DRUKOWAŁ WIĘCEJ PIENIĘDZY.
Panowie kłócili się o to aż do 1987, gdy Reagan nie odnowił Volckerowi kadencji i dlatego wybrał sobie posłusznego i chętnego do dodruku Alana Greenspana. Gdy tylko na urząd przyszedł do Fed-u. od razu zaczął się karnawał łatwego pieniądza, który skończył się wraz z bańką dot.com.
Warto także wspomnieć, uprzedzając wszystkie rocznicowe słowa zachwytu nad Reaganem, iż był on - takim samym jak wszyscy inni prezydenci USA od ponad wieku - wiernym sługą i marionetką bankierów. To właśnie Reagan mianował na sekretarza skarbu szefa (zmiecionego w czasie kryzysu z 2008) Merrill Lynch, Donalda Regana, zapoczątkowując tym samym żałosną tradycję zgodnie z którą najbardziej wpływowy w danym momencie bank dostaje urząd sekretarza skarbu i urządza gospodarkę pod siebie. Ronald Reagan nie był wprawdzie ze wschodniego wybrzeża, ale szybko otoczył się bankierami, np. Walterem Wristonem z Chase, który był jednym z jego głównych doradców. To właśnie dlatego w czasie prezydentury Reagana Chase rozrósł się aż tak gwałtownie.
Czy ktoś coś mówił o wolnorynkowej rewolucji Reagana?
Nie muszę chyba nikomu opowiadać, jak wielką estymą cieszy się do dziś wśród wielu prawicowców ów 40. prezydent USA. Wedle panującego dziś mitu Reagan miał obalić komunizm, deregulować, obniżać podatki i być niemalże najbardziej wolnorynkowym politykiem XX wieku.
2 lata temu napisałem do Najwyższego Czasu tekst odbrązowiający Reagana (czytaj tutaj), lecz nigdy dosyć uświadamiania i pokazywania prawdziwej natury tegoż polityka.
Otóż mało kto z prawicowych wielbicieli Pana Reagana zdaje sobie sprawę z tego, że przez większość czasu, gdy rezydował w Białym Domu naciskał na szefa FED, Paula Volckera, aby jeszcze bardziej obniżał stopy procentowe. Parafrazując: REAGAN NACISKAŁ NA BANKSTERA, REZYDENTA WALL STREET NA STANOWISKA SZEFA BANKU CENTRALNEGO, ABY TEN DRUKOWAŁ WIĘCEJ PIENIĘDZY.
Panowie kłócili się o to aż do 1987, gdy Reagan nie odnowił Volckerowi kadencji i dlatego wybrał sobie posłusznego i chętnego do dodruku Alana Greenspana. Gdy tylko na urząd przyszedł do Fed-u. od razu zaczął się karnawał łatwego pieniądza, który skończył się wraz z bańką dot.com.
Warto także wspomnieć, uprzedzając wszystkie rocznicowe słowa zachwytu nad Reaganem, iż był on - takim samym jak wszyscy inni prezydenci USA od ponad wieku - wiernym sługą i marionetką bankierów. To właśnie Reagan mianował na sekretarza skarbu szefa (zmiecionego w czasie kryzysu z 2008) Merrill Lynch, Donalda Regana, zapoczątkowując tym samym żałosną tradycję zgodnie z którą najbardziej wpływowy w danym momencie bank dostaje urząd sekretarza skarbu i urządza gospodarkę pod siebie. Ronald Reagan nie był wprawdzie ze wschodniego wybrzeża, ale szybko otoczył się bankierami, np. Walterem Wristonem z Chase, który był jednym z jego głównych doradców. To właśnie dlatego w czasie prezydentury Reagana Chase rozrósł się aż tak gwałtownie.
Czy ktoś coś mówił o wolnorynkowej rewolucji Reagana?
wtorek, 14 kwietnia 2015
Typologia libertarian
Po
typologii lewicowców i prawicowców czas wreszcie na typologię libertarian.
Jedyny – liczy się tylko jego wola, bo niby czemu miałby się do
czegoś dostosowywać? I tylko mu nie mów, że istnieje jakaś obiektywna
rzeczywistość, bo on ją ma tam, gdzie się plecy kończą – a czemu by nie? Nawet
prawa własności go nie obowiązują, bo odkrył prawdziwą wolność i nawet nie
próbuj mu jej ograniczać.
Komputer-świat – cała własność intelektualna to jeden wielki szit,
przecież wszystko idzie ściągnąć w internecie i jakoś nie ma z tym problemu. Przecież
jak zostawisz płytę na ławce w parku, a ja ją sobie skopiuję i odłożę, a ty ją
później znajdziesz, to wszystko gra: ty wciąż masz swoją płytę, a ja mam swoją.
Poza tym świat nie stanie się libertariański, dopóki ludzie nie zaczną
korzystać z bitcoinów i wolnego oprogramowania.
Nowa Lewica – Rothbard go irytuje, bo to był przecież
najzwyklejszy w świecie prawicowiec i naprawdę nie wiadomo, czemu ludzie tak
się nim ekscytują. Co on niby zrobił specjalnego? A już najgorszy to jest
Hans-Hermann Hoppe, bo to przecież zwykły prawicowy faszysta (czytałeś, co on
pisał o gejach?). Poza tym libertarianizm powinien dążyć do walki z GMO,
korporacjami oraz do zalegalizowania małżeństw homoseksualnych.
Naukowy – libertarianizm to radykalna w swoich wnioskach teza
głosząca, że państwo jest instytucją niemoralną, ponieważ łamie prawa własności
i właśnie dlatego pracuję na państwowej uczelni i utrzymuję się z podatków,
żeby tę doktrynę badać.
Austriak – lewacy są w błędzie, bo nigdy nie czytali „Ludzkiego
działania’, a przecież wielki austriacki ekonomista Ludwig von Mises już dawno
zaorał socjalizm. Libertarianizm jest lepszy od innych systemów społecznych, bo
wolny rynek daje większą wydajność, a Mises wielkim ekonomistą był.
Racjonalista – państwo istnieje przede wszystkim dlatego, że ludzie
praktykują religię i dlatego religię trzeba zwalczać. Religia nie jest racjonalna,
przeszkadza ludziom w racjonalnym myśleniu, które mogłoby im pomóc odrzucić
państwo. To nic, że Kościół utrzymuje się w sporej mierze z dobrowolnych datków
wiernych – jest szkodliwy, bo jest nieracjonalny.
Agorysta – słuchaj, jest sprawa: napisałem niedawno taki
program, który generuje wirtualną walutę w oparciu o punkty zdobyte w Diablo
trójce (ale musisz być naprawdę dobry, żeby się dorobić). Jak byśmy się zebrali
jeszcze z moim kumplem z gimnazjum i twoim kuzynem ze Śląska, to byśmy sobie
nawzajem płacili przy pomocy mojej waluty i w ten sposób stworzylibyśmy szarą
strefę. A jak uda nam się namówić jeszcze więcej ludzi z osiedla to później obalimy
państwo.
Jamaica – ci, którzy są przeciwko ziołom, najczęściej w ogóle
ich nie palili. Jestem przeciwny państwu, bo ono zakazuje miękkich narkotyków,
choć przecież np. alkohol pochłania więcej ofiar. A przecież jak palisz zioło,
to widzisz świat zupełnie inaczej, czujesz taki pokój w środku, że ci nawet do
głowy nie przychodzi, żeby popierać państwo. Dasz jeszcze bucha?
Komunikacyjny – ludziom się wydaje, że państwo jest potrzebne, a
przecież gdyby wyłączyć na wszystkich skrzyżowaniach w mieście sygnalizację
świetlną, to przecież ludzie by sobie poradzili i to jest najlepszy dowód na
to, że państwo nie powinno istnieć.
Forumowicz – nie zgadza się z nikim, bo właśnie na tym polega
wolność jednostki. A zresztą, co ty wiesz o libertarianizmie, skoro nigdy nie
czytałeś wpisu Rodericka T. Longa na jego blogu z grudnia 2001 roku?
Prawicowy synkretyk – jestem libertarianinem, czytałem kilka książek
Rothbarda i uważam, że państwo to zło, ale w najbliższych wyborach będę
głosował na Kukiza. Poza tym tak jak Ziemkiewicz uważam, że Polska powinna mieć
silne państwo. Generalnie jednak opowiadam się za konserwatywną monarchią – no
bo jak, ktoś musi przecież stanowić prawo i budować drogi, prawda?
Wozinski – państwo jest złe, państwo jest złe, a jakby jeszcze
ktoś o tym nie słyszał, to państwo jest złe. I jeszcze jedno: państwo jest złe.
Amerykański – rząd robi tyle zła, bo nie trzyma się zasad Konstytucji.
Dlatego trzeba zrobić wszystko, żeby odzyskać rząd dla zwykłych ludzi i
powstrzymać interwencjonizm. Jak Ron Paul dojdzie do władzy, to wszystko
pozamiata.
Wątpiący – widzę to, że państwo jest złe i do jakiego zła się
przyczynia, ale z drugiej strony nie możemy liczyć na to, że wszyscy nawrócą
się na libertarianizm. Przecież nawet w świecie, do którego dążą libertarianie,
w dalszym ciągu żyliby zwolennicy państwa i chcieliby żyć w swoich państwach,
prawda? No, a więc dlatego właśnie wydaje mi się, że nic nie damy rady zmienić
i najlepiej jest tak, jak jest.
niedziela, 1 marca 2015
Wspominki doktoranta (autobiograficznie)
Na początku pochwalę się, że od środy mam tytuł doktora filozofii.
Długo to wszystko trwało, choć nie z mojej winy. Od kiedy w 2008 roku po raz pierwszy pojechałem do Lublina minęło już prawie 7 lat, więc zebrało mi się na refleksje.
Pamiętam czasy, gdy jeszcze studiowałem filozofię na UAM (3 lata) i swoją mordęgę na tej uczelni. Na roku było chyba 80 osób, z których ok. 30 uważało, że filozofia polega na antyklerykalizmie. Było kilku ćpunów, kilku karierowiczów, kilku poetów, ale praktycznie nikt na moim roku nie był zainteresowany filozofią jako taką. Wszyscy łykali to, co im podsuwano na zajęciach nawet nie zastanowiwszy się na nad tym, czy tak naprawdę uczą się filozofii czy tez raczej historii filozofii. W moim przekonaniu na państwowych uniwersytetach w Polsce kształci się bowiem właśnie historyków filozofii, a nie filozofów. Budżetowi filozofowie uczą się więc, że był jakiś Platon, jakiś Arystoteles, potem inni, ale koniec końców nie przedstawia im się żadnej konkretnej propozycji myślowej. Nie uczy się dziś myślenia, tylko żonglowania nazwiskami, postaciami. Tak jest zresztą z każdym przedsiębiorstwem państwowym - zamiast prawdziwego produktu, usługi, dostaje się namiastkę, bubel, który ma naśladować oryginał dostępny na rynku.
Im bardziej więc nabierałem świadomości, że biorę udział w jednej wielkiej państwowej farsie, którą nazywa się dla niepoznaki studiami filozoficznymi, tym bardziej narastał we mnie libertarianin, który miał ochotę wszystko rzucić w cholerę.
Na szczęście w tym właśnie okresie wzrastało moje zainteresowanie lubelską szkołą filozofii. W Poznaniu na filozofii jej osiągnięcia stanowią temat tabu - o tym się zwyczajnie nie mówi.
Swoje ostatnie tygodnie na państwowej filozofii poświęcałem więc na stawianiu wykładowcom niewygodnych pytań o to, czy uniwersytet nie powinien być prywatny oraz na dynamicznym poznawaniu filozofii realistycznej, uprawianej w Polsce tylko na KUL-u, UKSW oraz przez nieliczne osoby na kilku innych uczelniach.
W 2008 roku powziąłem plan: kończę z farsą państwowych studiów filozoficznych, idę do pracy na pełen etat, a zarobione pieniądze przeznaczam na studia doktoranckie na prywatnej uczelni, którą w dalszym ciągu (pomimo sowitych dotacji od państwa) jest Katolicki Uniwersytet Lubelski. Zamiana "darmowych" studiów na państwowej uczelni na płatne studia na prawdziwie prywatnej uczelni była zdecydowanie ozdrowieńcza. Gdyby ktoś nie wiedział, w Lublinie wykładają jeszcze jedni z ostatnich na świecie filozofowie skłonni bez wahania uznać, że świat istnieje naprawdę.
Ponieważ w myśli libertariańskiej odnalazłem jednoznaczne wątki ukazujące tą teorię w filozoficznym realizmie (wypowiedzi Rothbarda, Davida Gordona), zrozumiałem wówczas prostą i banalną prawdę: prawdziwie prywatne uczelnie skłaniają się zawsze ku filozoficznemu realizmowi. Im bardziej zaś dana uczelnia uzależniona od podatków, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie na niej królował idealizm.
Wtedy zrozumiałem dobitnie, że filozofowie utrzymujący się z podatków to jedne z najgorszych i najbardziej zakłamanych osób, posługujących się wzniośle brzmiącymi i zawiłymi teoriami, a jednocześnie nie potrafiącymi zmierzyć się moralnie z banalnym faktem własnego zaprzedania państwu.
Choć swoje studia doktoranckie odbywałem uczęszczając na seminarium w zakładzie metafizyki zdecydowałem, że realistyczne wątki w teorii Rothbarda, jego jednoznaczne opowiedzenie się po stronie tradycji arystotelizmu-tomizmu było zbyt istotne, abym mógł je odpuścić i poprzez swoją pracę postarałem się przerzucić pomost pomiędzy tomizmem a libertarianizmem.
Pamiętam dokładnie dzień, w którym na seminarium zakładowym przedstawiłem w formie krótkiego referatu zamiar napisania swojej pracy pt. "Antropologiczne podstawy Murraya Rothbarda teorii działania". Reakcja osób obecnych w sali była co najmniej zaskakująca. Jeden z doktorów habilitowanych, choć doskonale wiedział, że jestem doktorantem, zapytał na głos, czy piszę pracę magisterską czy doktorską. Po seminarium podszedł do mnie i spytał: "A ten cały Rothbard to nie jest przypadkiem Żyd?" Odpowiedziałem: "Tak, a czemu"? Popatrzał na mnie z dziwnym uśmiechem i nic nie powiedział.
Inny z obecnych na sali doktorów powiedział, że mi się na pewno nie uda. Po seminarium on także podszedł do mnie i powiedział mniej więcej tak: "Wie Pan, jak Pan się przyjrzy tematowi z bliska, to Pan zobaczy, że na pewno libertarianizm i filozofia realistyczna są nie do pogodzenia. Zobaczy Pan" - "Chciałbym wpierw dokładnie zbadać sprawę" - odpowiedziałem. "Na pewno się Panu nie uda. Na pewno". Odpowiedziałem w tym samym duchu, co wcześniej, a on patrzał mi w oczy i mówił wciąż, że się nie uda.
Podobne przekonanie, iż na pewno się mi nie uda wygłaszali co jakiś czas różni osobnicy z mojego otoczenia (ich personalia nie są w tej chwili istotne). Ich wspólny, zapewne nieuświadomiony, komunikat był jasny: porzuć to, nie zajmuj się tym. Niestety, im bardziej zagłębiałem się w temat, tym częściej natrafiałem na to, iż najczęstszym argumentem przeciwko Rothbardowi jest bezmyślne przyprawianie mu gęby radykała, bez próby zrozumienia o co mu chodzi. Doprawdy zdumiewające jest to, z jaką częstotliwością i łatwością ludzie ukazują Rothbarda i jego libertarianizm jako zło wcielone, nie próbując nawet przeczytać jego tekstów.
Ostatecznie, po kilku latach, obroniłem swoją pracę doktorską, w której Rothbard został ukazany jako kontynuator tradycji filozoficznego realizmu oraz klasycznej antropologii filozoficznej. Co oczywiste, ukazałem też, iż wnioski, do których doszedł Rothbard różnią się od tych, do których doszedł chociażby św. Tomasz, ale wg mnie pomimo przyjęcia tych samych zasad w punkcie wyjścia to tomiści i arystotelicy popełnili błąd, a nie Rothbard. Napisałem o tym nawet w swojej pracy, ale z pewnych względów, których nie zamierzam obecnie ujawniać, fragment ten został usunięty.
(Kończę już, bo przydługawy wpis.)
Mam więc ogromną satysfakcję, że przebrnąłem ze swoją pracą dotyczącą "radykalnego anarchokapitalisty" przez te wszystkie lata, pomimo prób ukazania moich wysiłków jako gorszych niż rozważania rasowych filozofów, pomimo pewnych prób zastraszenia przeciwko poruszaniu takiej tematyki, pomimo dziesiątek nocy spędzonych w nocnych autobusach i pociągach oraz pomimo pieniędzy, które z własnej kieszeni wyłożyłem na te studia (także przy pomocy rodziców). Jestem cholernie dumny z tego, że mojego doktoratu nie opłacało mi państwo.
Warto było - chociażby po to, żeby odkłamać wszystkie krzywdzące zarzuty stawiane pod adresem Rothbarda przez polskich filozofów utrzymywanych z pieniędzy podatników.
Długo to wszystko trwało, choć nie z mojej winy. Od kiedy w 2008 roku po raz pierwszy pojechałem do Lublina minęło już prawie 7 lat, więc zebrało mi się na refleksje.
Pamiętam czasy, gdy jeszcze studiowałem filozofię na UAM (3 lata) i swoją mordęgę na tej uczelni. Na roku było chyba 80 osób, z których ok. 30 uważało, że filozofia polega na antyklerykalizmie. Było kilku ćpunów, kilku karierowiczów, kilku poetów, ale praktycznie nikt na moim roku nie był zainteresowany filozofią jako taką. Wszyscy łykali to, co im podsuwano na zajęciach nawet nie zastanowiwszy się na nad tym, czy tak naprawdę uczą się filozofii czy tez raczej historii filozofii. W moim przekonaniu na państwowych uniwersytetach w Polsce kształci się bowiem właśnie historyków filozofii, a nie filozofów. Budżetowi filozofowie uczą się więc, że był jakiś Platon, jakiś Arystoteles, potem inni, ale koniec końców nie przedstawia im się żadnej konkretnej propozycji myślowej. Nie uczy się dziś myślenia, tylko żonglowania nazwiskami, postaciami. Tak jest zresztą z każdym przedsiębiorstwem państwowym - zamiast prawdziwego produktu, usługi, dostaje się namiastkę, bubel, który ma naśladować oryginał dostępny na rynku.
Im bardziej więc nabierałem świadomości, że biorę udział w jednej wielkiej państwowej farsie, którą nazywa się dla niepoznaki studiami filozoficznymi, tym bardziej narastał we mnie libertarianin, który miał ochotę wszystko rzucić w cholerę.
Na szczęście w tym właśnie okresie wzrastało moje zainteresowanie lubelską szkołą filozofii. W Poznaniu na filozofii jej osiągnięcia stanowią temat tabu - o tym się zwyczajnie nie mówi.
Swoje ostatnie tygodnie na państwowej filozofii poświęcałem więc na stawianiu wykładowcom niewygodnych pytań o to, czy uniwersytet nie powinien być prywatny oraz na dynamicznym poznawaniu filozofii realistycznej, uprawianej w Polsce tylko na KUL-u, UKSW oraz przez nieliczne osoby na kilku innych uczelniach.
W 2008 roku powziąłem plan: kończę z farsą państwowych studiów filozoficznych, idę do pracy na pełen etat, a zarobione pieniądze przeznaczam na studia doktoranckie na prywatnej uczelni, którą w dalszym ciągu (pomimo sowitych dotacji od państwa) jest Katolicki Uniwersytet Lubelski. Zamiana "darmowych" studiów na państwowej uczelni na płatne studia na prawdziwie prywatnej uczelni była zdecydowanie ozdrowieńcza. Gdyby ktoś nie wiedział, w Lublinie wykładają jeszcze jedni z ostatnich na świecie filozofowie skłonni bez wahania uznać, że świat istnieje naprawdę.
Ponieważ w myśli libertariańskiej odnalazłem jednoznaczne wątki ukazujące tą teorię w filozoficznym realizmie (wypowiedzi Rothbarda, Davida Gordona), zrozumiałem wówczas prostą i banalną prawdę: prawdziwie prywatne uczelnie skłaniają się zawsze ku filozoficznemu realizmowi. Im bardziej zaś dana uczelnia uzależniona od podatków, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie na niej królował idealizm.
Wtedy zrozumiałem dobitnie, że filozofowie utrzymujący się z podatków to jedne z najgorszych i najbardziej zakłamanych osób, posługujących się wzniośle brzmiącymi i zawiłymi teoriami, a jednocześnie nie potrafiącymi zmierzyć się moralnie z banalnym faktem własnego zaprzedania państwu.
Choć swoje studia doktoranckie odbywałem uczęszczając na seminarium w zakładzie metafizyki zdecydowałem, że realistyczne wątki w teorii Rothbarda, jego jednoznaczne opowiedzenie się po stronie tradycji arystotelizmu-tomizmu było zbyt istotne, abym mógł je odpuścić i poprzez swoją pracę postarałem się przerzucić pomost pomiędzy tomizmem a libertarianizmem.
Pamiętam dokładnie dzień, w którym na seminarium zakładowym przedstawiłem w formie krótkiego referatu zamiar napisania swojej pracy pt. "Antropologiczne podstawy Murraya Rothbarda teorii działania". Reakcja osób obecnych w sali była co najmniej zaskakująca. Jeden z doktorów habilitowanych, choć doskonale wiedział, że jestem doktorantem, zapytał na głos, czy piszę pracę magisterską czy doktorską. Po seminarium podszedł do mnie i spytał: "A ten cały Rothbard to nie jest przypadkiem Żyd?" Odpowiedziałem: "Tak, a czemu"? Popatrzał na mnie z dziwnym uśmiechem i nic nie powiedział.
Inny z obecnych na sali doktorów powiedział, że mi się na pewno nie uda. Po seminarium on także podszedł do mnie i powiedział mniej więcej tak: "Wie Pan, jak Pan się przyjrzy tematowi z bliska, to Pan zobaczy, że na pewno libertarianizm i filozofia realistyczna są nie do pogodzenia. Zobaczy Pan" - "Chciałbym wpierw dokładnie zbadać sprawę" - odpowiedziałem. "Na pewno się Panu nie uda. Na pewno". Odpowiedziałem w tym samym duchu, co wcześniej, a on patrzał mi w oczy i mówił wciąż, że się nie uda.
Podobne przekonanie, iż na pewno się mi nie uda wygłaszali co jakiś czas różni osobnicy z mojego otoczenia (ich personalia nie są w tej chwili istotne). Ich wspólny, zapewne nieuświadomiony, komunikat był jasny: porzuć to, nie zajmuj się tym. Niestety, im bardziej zagłębiałem się w temat, tym częściej natrafiałem na to, iż najczęstszym argumentem przeciwko Rothbardowi jest bezmyślne przyprawianie mu gęby radykała, bez próby zrozumienia o co mu chodzi. Doprawdy zdumiewające jest to, z jaką częstotliwością i łatwością ludzie ukazują Rothbarda i jego libertarianizm jako zło wcielone, nie próbując nawet przeczytać jego tekstów.
Ostatecznie, po kilku latach, obroniłem swoją pracę doktorską, w której Rothbard został ukazany jako kontynuator tradycji filozoficznego realizmu oraz klasycznej antropologii filozoficznej. Co oczywiste, ukazałem też, iż wnioski, do których doszedł Rothbard różnią się od tych, do których doszedł chociażby św. Tomasz, ale wg mnie pomimo przyjęcia tych samych zasad w punkcie wyjścia to tomiści i arystotelicy popełnili błąd, a nie Rothbard. Napisałem o tym nawet w swojej pracy, ale z pewnych względów, których nie zamierzam obecnie ujawniać, fragment ten został usunięty.
(Kończę już, bo przydługawy wpis.)
Mam więc ogromną satysfakcję, że przebrnąłem ze swoją pracą dotyczącą "radykalnego anarchokapitalisty" przez te wszystkie lata, pomimo prób ukazania moich wysiłków jako gorszych niż rozważania rasowych filozofów, pomimo pewnych prób zastraszenia przeciwko poruszaniu takiej tematyki, pomimo dziesiątek nocy spędzonych w nocnych autobusach i pociągach oraz pomimo pieniędzy, które z własnej kieszeni wyłożyłem na te studia (także przy pomocy rodziców). Jestem cholernie dumny z tego, że mojego doktoratu nie opłacało mi państwo.
Warto było - chociażby po to, żeby odkłamać wszystkie krzywdzące zarzuty stawiane pod adresem Rothbarda przez polskich filozofów utrzymywanych z pieniędzy podatników.
niedziela, 22 lutego 2015
Waldemar Deska, czyli dramat libertarian
Czy Wy też odnosicie takie wrażenie, że kandydat Ruchu Narodowego na prezydenta, Marian Kowalski, gdyby doszedł do władzy to chciałby wam dać wpier...l?
Przepraszam za język, ale właśnie coś takiego odczytuję zawsze, gdy na niego patrzę.
Kandydaci prawicy jak zwykle plotą swoje tradycyjne bzdury. Twierdzą, że są wolnościowcami i antysystemowcami, a jednocześnie mówią, że mamy słabe państwo i że trzeba je wzmocnić. ŻADEN z nich nie proponuje najważniejszych wolnościowych postulatów: secesji, autonomii regionów, decentralizacji władzy, jej fragmentacji. Wszystko, co mają do powiedzenia sprowadza się mniej więcej do stwierdzenia: "Głosujcie na mnie, bo ja jestem uczciwy i jak dojdę do władzy, to będzie lepsze państwo". Wszyscy, jak jeden mąż zdradzają tę samą fatalną wiarę w utopijną instytucję zwaną państwem, której reformować zwyczajnie się nie da.
Wybaczcie, ale po co nam obniżka podatków pod rządami prawicowców? Żeby powiększyć armię i zwiększyć dochody państwa? Po jakie licho?!
Niestety, niewiele lepszy (lepszy?) jest niejaki Waldemar Deska, oficjalny kandydat Partii Libertariańskiej na stanowisko prezydenta. Facet właściwie wziął się znikąd i niestety wygaduje bzdury, które nie licują nikomu, kto powołuje się na teorię doprowadzoną do świetności przez Murraya Rothbarda.
Oto czytam wywiad z Panem Deską przeprowadzonym dla serwisu Libertarianin.org, na którym mam zaszczyt publikować swoje comiesięczne felietony.
Wybaczcie, drodzy libertarianie, ale facet mnie nie tylko nie przekonuje, ale i zasmuca.
Przede wszystkim, zamiast negować państwo, przekonuje uparcie, że trzeba "przestrzegać konstytucji"? Ale czemu niby, Panie Waldemarze? Czy nasza konstytucja przypomina choć trochę amerykańską konstytucję, żeby jej tak bronić? (choć i to nie ma większego sensu) Od kiedy w ogóle libertarianie uważają, że przed państwem ludzi chroni dokument wystawiony przez samo państwo? Nie czytał Pan nigdy Lysandera Spoonera?
Deska jest także przeciwnikiem prywatyzacji Lasów Państwowych, no nam ich ponoć "wszyscy zazdroszczą". Nie prywatyzowałby też PKP. W ogóle uważa, że choć wolnościowcy "odmieniają wolność na wszelkie możliwe sposoby", "w praktyce z wolnym rynkiem jest gorzej". Libertarianin, który twierdzi, że w praktyce z wolnym rynkiem jest nie najlepiej - ludzie, skąd wyście go wzięli?
Na pytanie o to, kto jest dla niego największym autorytetem wśród wolnościowców, odpowiada: Bob Marley (O Boże, powiedzcie, że ten cały wywiad to jakiś żart...)
To nie koniec. Pan Deska chce także korzystać z pomocy państwa, walcząc z wielkimi korporacjami. Uważa, że "Państwo dotychczas nie radziło sobie, jest słabsze od globalnych graczy."
Człowieku!! Czy ty nigdy nie czytałeś nic na temat teorii monopoli, czym one tak naprawdę są oraz nie uświadomiłeś sobie tego, iż bez państwa zwyczajnie ich nie było? To nie państwo powinno nas bronić przed korporacjami, lecz my powinniśmy być bronieni przed państwem oraz jego pseudo-prywatnymi korporacjami!!
Ale prawdziwą wisienką na torcie jest następujące pytanie serwisu Libertarianin.org oraz odpowiedź Deski:
Czy czytał Pan coś z wolnościowej literatury? Czy ma Pan swoją ulubioną pozycję wśród książek?
Źródeł wolności poszukiwałem w naukach Jezusa Chrystusa, Buddy, Mahometa, Konfucjusza, św. Tomasza, Jana Pawła II i Dalajlamy. To wielcy intelektualiści. Byłem też uczniem Maharishi Mahesh Jogi, liznąłem więc wiedzy wedyjskiej. To główne strumienie światowej kultury. I to doprowadziło mnie do Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, a potem do naszej Konstytucji z 1997 roku, gdzie z zachwytem odnalazłem, jak w pigułce, główny przekaz, istotę myśli humanistycznej i wolnościowej dla wspólnego dobra.
Murray Rothbard, gdy jeszcze żył, musiał także radzić sobie nieustannie z kolejnymi "Deskami", których w latach 80. i 90. nie brakowało w amerykańskiej Partii Libertariańskiej. Rothbard wszystkich "odjechanych" libertarian, którzy poprzez libertarianizm rozumieli promowanie alternatywnego stylu bycia, ekologiczne i para-religijne odpały oraz rezygnację z podstawowych zasad libertarianizmu określał pojęciem wywodzącym się z jidysz: Luftmenschen. Przykładem takiego właśnie, błądzącego w chmurach osobnika, wydaje się być niewątpliwie Waldemar Deska.
Libertarianie: szczerze, to jest dramat.
Możecie mnie za to krytykować, ale wystawiając kogoś takiego w wyborach, jedynie narażamy się na śmieszność. Jeśli Pan Deska chce państwowej własności, kruszyć partyjny beton, wieść alternatywny żywot oraz walczyć GMO i korporacjami, powinien zapisać się do Nowej Lewicy. Nie do libertarian.
Powtórzę jeszcze raz: Waldemar Deska jako kandydat PL na prezydenta to jeden, wielki dramat.
Przepraszam za język, ale właśnie coś takiego odczytuję zawsze, gdy na niego patrzę.
Kandydaci prawicy jak zwykle plotą swoje tradycyjne bzdury. Twierdzą, że są wolnościowcami i antysystemowcami, a jednocześnie mówią, że mamy słabe państwo i że trzeba je wzmocnić. ŻADEN z nich nie proponuje najważniejszych wolnościowych postulatów: secesji, autonomii regionów, decentralizacji władzy, jej fragmentacji. Wszystko, co mają do powiedzenia sprowadza się mniej więcej do stwierdzenia: "Głosujcie na mnie, bo ja jestem uczciwy i jak dojdę do władzy, to będzie lepsze państwo". Wszyscy, jak jeden mąż zdradzają tę samą fatalną wiarę w utopijną instytucję zwaną państwem, której reformować zwyczajnie się nie da.
Wybaczcie, ale po co nam obniżka podatków pod rządami prawicowców? Żeby powiększyć armię i zwiększyć dochody państwa? Po jakie licho?!
Niestety, niewiele lepszy (lepszy?) jest niejaki Waldemar Deska, oficjalny kandydat Partii Libertariańskiej na stanowisko prezydenta. Facet właściwie wziął się znikąd i niestety wygaduje bzdury, które nie licują nikomu, kto powołuje się na teorię doprowadzoną do świetności przez Murraya Rothbarda.
Oto czytam wywiad z Panem Deską przeprowadzonym dla serwisu Libertarianin.org, na którym mam zaszczyt publikować swoje comiesięczne felietony.
Wybaczcie, drodzy libertarianie, ale facet mnie nie tylko nie przekonuje, ale i zasmuca.
Przede wszystkim, zamiast negować państwo, przekonuje uparcie, że trzeba "przestrzegać konstytucji"? Ale czemu niby, Panie Waldemarze? Czy nasza konstytucja przypomina choć trochę amerykańską konstytucję, żeby jej tak bronić? (choć i to nie ma większego sensu) Od kiedy w ogóle libertarianie uważają, że przed państwem ludzi chroni dokument wystawiony przez samo państwo? Nie czytał Pan nigdy Lysandera Spoonera?
Deska jest także przeciwnikiem prywatyzacji Lasów Państwowych, no nam ich ponoć "wszyscy zazdroszczą". Nie prywatyzowałby też PKP. W ogóle uważa, że choć wolnościowcy "odmieniają wolność na wszelkie możliwe sposoby", "w praktyce z wolnym rynkiem jest gorzej". Libertarianin, który twierdzi, że w praktyce z wolnym rynkiem jest nie najlepiej - ludzie, skąd wyście go wzięli?
Na pytanie o to, kto jest dla niego największym autorytetem wśród wolnościowców, odpowiada: Bob Marley (O Boże, powiedzcie, że ten cały wywiad to jakiś żart...)
To nie koniec. Pan Deska chce także korzystać z pomocy państwa, walcząc z wielkimi korporacjami. Uważa, że "Państwo dotychczas nie radziło sobie, jest słabsze od globalnych graczy."
Człowieku!! Czy ty nigdy nie czytałeś nic na temat teorii monopoli, czym one tak naprawdę są oraz nie uświadomiłeś sobie tego, iż bez państwa zwyczajnie ich nie było? To nie państwo powinno nas bronić przed korporacjami, lecz my powinniśmy być bronieni przed państwem oraz jego pseudo-prywatnymi korporacjami!!
Ale prawdziwą wisienką na torcie jest następujące pytanie serwisu Libertarianin.org oraz odpowiedź Deski:
Czy czytał Pan coś z wolnościowej literatury? Czy ma Pan swoją ulubioną pozycję wśród książek?
Źródeł wolności poszukiwałem w naukach Jezusa Chrystusa, Buddy, Mahometa, Konfucjusza, św. Tomasza, Jana Pawła II i Dalajlamy. To wielcy intelektualiści. Byłem też uczniem Maharishi Mahesh Jogi, liznąłem więc wiedzy wedyjskiej. To główne strumienie światowej kultury. I to doprowadziło mnie do Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, a potem do naszej Konstytucji z 1997 roku, gdzie z zachwytem odnalazłem, jak w pigułce, główny przekaz, istotę myśli humanistycznej i wolnościowej dla wspólnego dobra.
Murray Rothbard, gdy jeszcze żył, musiał także radzić sobie nieustannie z kolejnymi "Deskami", których w latach 80. i 90. nie brakowało w amerykańskiej Partii Libertariańskiej. Rothbard wszystkich "odjechanych" libertarian, którzy poprzez libertarianizm rozumieli promowanie alternatywnego stylu bycia, ekologiczne i para-religijne odpały oraz rezygnację z podstawowych zasad libertarianizmu określał pojęciem wywodzącym się z jidysz: Luftmenschen. Przykładem takiego właśnie, błądzącego w chmurach osobnika, wydaje się być niewątpliwie Waldemar Deska.
Libertarianie: szczerze, to jest dramat.
Możecie mnie za to krytykować, ale wystawiając kogoś takiego w wyborach, jedynie narażamy się na śmieszność. Jeśli Pan Deska chce państwowej własności, kruszyć partyjny beton, wieść alternatywny żywot oraz walczyć GMO i korporacjami, powinien zapisać się do Nowej Lewicy. Nie do libertarian.
Powtórzę jeszcze raz: Waldemar Deska jako kandydat PL na prezydenta to jeden, wielki dramat.
Subskrybuj:
Posty (Atom)